Strona główna Przewodnik po stronie Rejestracja i logowanie Nasza społeczność Terminarz Muskie.pl Pliki do zaladowania Noty prawne Pytania i odpowiedzi Wyszukaj w muskie.pl Adresy, nazwiska, kontakt
 
Wędkarstwo Podysdkutuj o wędkarstwie Galeria Fotograficzna dla wędkarzy Wędkarskie pamiętniki Sklep wędkarski Muskie Internet wędkarski
 
 
Rady dla nowicjuszy Wędkarstwo spławikowe Wędkarstwo gruntowe
Wędkarstwo spinningowe Wędkarstwo muchowe Wędkarstwo podlodowe
Ryby spokojnego żeru Ryby drapieżne Ryby krainy pstrąga
Przewodnik po łowiskach Porady taktyczne Fortele i tricki
Warszatat wędkarski Przynęty narozmaitsze Sprzęt i wyposażenie
Wędkarskie reportaże Publicystyka wędkarska Nasze próby literackie
Najnowsze informacje Impresy wędkarskie Strony reklamowe w Muskie.Pl
 
Troć - przed wyprawą Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Autor: Jacek Jóźwiak   
O taktyce na trociowe rzeki, o tym, ze koniecznością jest - nawet jak się jedzie w kilka osób - przygotowanie się jak do samotnej wyprawy. Artykuł o samotności i samowystarczalności skutecznego łowcy troci.
Strategia i taktyka

Jeśli podczas inauguracji sezonu trociowego, chce się tę wspaniałą rybę złowić bardziej od innych wędkarzy, to warto do takiej wyprawy przygotować się wyjątkowo, a w trakcie jej trwania wyjątkowo się zachowywać...

Jak mawiają najbardziej skuteczni trociarze, lepsze jest kilka godzin w samotności, od kilku dni spędzonych w tłumie. Bez względu więc na to, czy jedzie się nad którąś z trociowych rzek z przyjaciółmi czy samotnie, po raz pierwszy, czy po raz setny, warto przygotować się jak do samotnej eskapady.

Do wyprawy zaplanowanej w każdym calu, choćby plany miały być snute tylko na podstawie wodzenia palcem po dokładnej mapie.

Najbardziej efektywni trockiści, jakich znam - choćby Marek Szymański czy Maciek Jagiełło - niemal zawsze podczas swoich wypraw łowią ryby. Mają jednak zasadę, której przestrzegają bardzo rygorystycznie - na początku sezonu nigdy nie odwiedzają miejsc uznanych za najlepsze. Marek - nawet wówczas, kiedy obowiązki redakcyjne zagnają go w miejsca wędkarskich zgromadzeń - po prostu nie łowi tam, gdzie widać świeże ludzkie ślady. Gdzie jest natomiast Maciek, tego nikt nie wie, odrywa się bowiem od peletonu niemal natychmiast po uzbrojeniu spinningu. Marka daje się na ogół wypatrzyć - z zasady w miejscach, do których nie może podejść żaden normalny wędkarz, pod jakimiś stromymi skarpami, za jakimiś potwornie gęstymi krzakami, na skrajach jakiegoś bagna.

Ja sam mam natomiast takie zboczenie, że jeśli mam okazję być na trociach, to staram się poznawać jakieś nowe odcinki rzeki. Pierwsza więc rzecz jaką robię, to nad szczegółową mapą rzeki, na którą jadę, natychmiast eliminuję wszystkie znane z wędkarskich mediów i spotkań okolice. Potem szukam odcinków zalesionych, o których słyszałem najwyżej od przyjaciół. Staram się rzecz jasna, aby nie były położone w okolicach zbyt odległych od miejsc najsławniejszych. Muszą natomiast być jak najbardziej dalekie od dróg, którymi da się dojechać w pobliże rzeki...

Trzy kwadranse mocnego marszu od auta - taki odcinek do pokonania rokuje już dobrze. Najlepiej, żeby i z drugiej strony rzeki znalazły się podobne chaszcze. Wbrew pozorom, polskie rzeki trociowe - jeśli bardzo zależy wędkarzowi na spotkaniu z zimowym keltem - są rzekami na jednego, niczym najdrobniejsze pstrągowe siurki. Jeśli towarzysz - to na drugim brzegu.

Siedzę więc nad mapą i wyszukuję te odcinki, na które nie wybrałby się żaden normalny człowiek - pagórki, wysokie skarpy, mokradła... Jednym zdaniem - znajduję na mapie (lub przypominam sobie nad nią miejsca, w których już łowiłem) wszystko, czego nie lubię najbardziej szczerze. Jakieś łoziny, tarniny, gęste olsy, strome podejścia i zejścia, nieprzyjemne leśne dukty, niewielka ilość dróg międzyoddziałowych. Włażę więc wszędzie tam, gdzie nigdy bym nie wlazł, gdyby moim celem nie była ryba wyjątkowa, czyli troć. O tym, czy wybrałem właściwie, świadczy nie tylko ewentualna zdobycz (zdarzały mi się komplety na takich wyprawach), ale przede wszystkim to, czy po powrocie na nocleg jestem w stanie się poruszać. Jeśli mam problemy nawet z wstaniem do toastu - to oznacza, że wybrałem dobrze. Jeszcze lepiej, kiedy ze zmęczenia nie mam ochoty na ich wznoszenie...

Nawet podczas kilkudniowych wyjazdów, takim miejscom marzeń, najczęściej bezludnym, niemal bez ludzkich śladów na śniegu, poświęcam tylko jeden dzień. Z reguły pierwszego dnia, po przyjeździe, idę tylko popatrzeć na rzekę i potem odsypiam podróż, nie przesadzam wieczorem z trunkami... To już nie ta kondycja i nie to zdrowie, kiedy prosto z Warszawy, o świcie 1 stycznia posyłałem w nurty rzeki swoją ulubioną przynętę...

Nie biorę ze sobą zbyt wielu przynęt. Ograniczam się do pewniaków. Ale z każdego rodzaju. Mam więc kilka strażaków-gębali o długości ok. 8-9 cm, podobnej długości woblery z Czarnego, trzy 9 cm głęboko schodzące jugolki i 2 pękate deep runnery rapali czy amerykańskie. Do tego kilka karlinek o różnej wadze i barwie metalu oraz parę dużych obrotówek. Wszystko musi być łatwo dostępne i pozwalać na dość częste wymiany przynęt.

Komplet ustalam bardzo starannie, tak aby mieć ze sobą po kilka przynęt na rozmaite warunki - głębokość, siłę nurtu, bliskie i dalekie odległości.

Mam też duży termos z gorącą herbatą i kanapki energetyzujące - pieczywo, boczek, dużo masła. Jak najmniej do noszenia, ale wszystko musi być - mam więc ze sobą składany stołeczek, żeby można było, choć podczas przerwy na kanapkę czy kubek herbaty, przycupnąć w miarę wygodnie.

Nie korzystam ze spodniobutów, ograniczam się do woderów, które pomagają przy przekraczaniu rowków i niekiedy pozwalają na chwilę wejść do rzeki, żeby dostać się na wygodniejsze miejscówki. Na sobie mam - od spodu - podkoszulek i kalesony z włókna chloro-fibre, idealnie "eksportujące" pot od ciała, zakładam flanelową koszulę, porządny polar i tak ubrany wchodzę do lekkiego narciarskiego kombinezonu (tkanina, żadne pianki i Małysze) z suwakiem ułatwiającym siusianie. Na to za wielka kamizelka Cabelasa... Dobry szalik i uszanka z królika (nikt nie wymyślił cieplejszej i wygodniejszej, a jednocześnie lekkiej i przytulnej czapki). Rękawiczki narciarskie - łowię z gołymi rękami, nie umiem inaczej - służą mi do rozgrzewania dłoni, najczęściej podczas zmiany stanowiska.

Do tego dochodzi wędka oraz duży łososiowy podbierak z krótkim trzonkiem zwisający na plecach. No i wędkarska torba na cały majdan... Można iść nad rzekę. Przede mną daleka droga... Koniec tekstu!

 
Teksty Jacka Jóźwiaka za zgodą autora..
Copyright Muskie.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.