Strona główna Przewodnik po stronie Rejestracja i logowanie Nasza społeczność Terminarz Muskie.pl Pliki do zaladowania Noty prawne Pytania i odpowiedzi Wyszukaj w muskie.pl Adresy, nazwiska, kontakt
 
Wędkarstwo Podysdkutuj o wędkarstwie Galeria Fotograficzna dla wędkarzy Wędkarskie pamiętniki Sklep wędkarski Muskie Internet wędkarski
 
 
Rady dla nowicjuszy Wędkarstwo spławikowe Wędkarstwo gruntowe
Wędkarstwo spinningowe Wędkarstwo muchowe Wędkarstwo podlodowe
Ryby spokojnego żeru Ryby drapieżne Ryby krainy pstrąga
Przewodnik po łowiskach Porady taktyczne Fortele i tricki
Warszatat wędkarski Przynęty narozmaitsze Sprzęt i wyposażenie
Wędkarskie reportaże Publicystyka wędkarska Nasze próby literackie
Najnowsze informacje Impresy wędkarskie Strony reklamowe w Muskie.Pl
 
O składnikach zanęt Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Autor: Jacek Jóźwiak   
Trochę o własnych - wypraktykowanych w gruntowych okresach wędkarskiego żywota - składnikach używanych do samodzielnego sporządzania zanęt. Proste, skuteczne, ale i niezwykłe. Kilka ważnych zasad dotyczących zanęt i zanęcania.
Fortele

Jeśli tylko mogę i mam czas, to wolę zanęty i mikstury przynętowe sporządzać osobiście. Mam ograniczone zaufanie do baz gotowych, osobliwie polskich... Nabieram ich dopiero wówczas, kiedy na opakowaniu wyszczególnione są wszystkie składniki - jak na czekoladowym batoniku dla ludzi. Jeśli nie ma takiego wypisu, podejrzewam producentów, że walą do bazy co popadnie, co akurat udało im się kupić na wyprzedaży w jakiejś paszarni...

Zresztą wiele zanęt wygląda mi na jakieś zmiotki młynowo-popiekarniane. Ani ja nie lubię pokarmu "no name", ani ryby - niekiedy o wiele bardziej wrażliwe smakowo i zapachowo od człowieka.

Jest jednak kilka baz - przede wszystkim znanych i cenionych producentów zachodnich, a z polskich takich jak kruszyński i międzyrzecki Stil, jak firma Gutkiewicza - z których można korzystać bez obaw.

O własnej bazie pewnie jeszcze napiszę, ale postanowiłem trochę napisać o własnych zapasach magazynowych, które staram się przygotowywać przez cały rok i mieć je zawsze w mojej tajemniczej szafce "żywnościowej".

Zacznę trochę od końca - czyli od składników uatrakcyjniających tudzież "specjalizujących" zanęty. Skoro jednak zgodziliśmy się, że niektóre bazy daje się stosować bez obawy, to dzisiaj napiszę kilka słów o dodatkach, które uważam za cudowne wytrychy do rybich apetytów.

Jak zapewne niektórzy pamiętają, specjalizowałem się niegdyś w połowach karpi, choć przecież i w czasach totalnego odbicia lubiłem łowić też takie rybki, jak liny, karasie (i jedne, i drugie), a także wzdręgi, które uwielbiają podobne okolice. Nie stroniłem też od połowu jeziorowych, złocistych leszczy i płoci. Najbardziej lubiłem wówczas wędkować na wodach stojących i wolno płynących, raczej w płytkich akwenach, czy partiach jezior i zaporówek.

Łowcy białej ryby, którzy traktują zanętę jak paszę dla trzody hodowanej w brudzie i smrodzie starożytnych chlewów, niech pozostaną raczej na obrzydliwych łowiskach specjalnych, a na wodach otwartych niech raczej nie liczą na sukcesy. Zanęta to nie tylko żarcie, zanęta to sztuka cała.

I co ja takiego mam w tej swojej szafce żywnościowej dla ryb? Otóż zawsze miewam tam tony pierników. Tych najtańszych, kupowanych na wagę, z odrobiną lukru dosładzającego wyrób. Moje pierniki zeschnięte są na kamień. Ich smak i zapach korzenno-miodowy jak nic innego wabią moje ulubione karpie, karasie i liny. Obok zeschniętych pierników mam też zawsze mnóstwo okrawków z pieczywa pszennego, przede wszystkim bułek, których nie dojedliśmy w rodzinie, chałek, bułeczek maślanych. Jeśli zużyję ten zapas, czekać mnie będzie rujnujące kieszeń kupowanie słodkich sucharków. Tak więc nie trafia u nas w domu do kosza ani kawałeczek pieczywa pszennego. Z żytniego natomiast nie korzystam w ogóle przy produkcji zanęt. Jego najmniejszy dodatek potrafi latem zakwasić łowisko w ciągu paru kwadransów.

W pobliżu swojego domu mam piekarnię i cukiernię. Co pewien czas chodziłem tam z półlitrówką i wyłudzałem od piekarzy resztki cukiernicze. Nie zawsze trafiają one do bajaderek, więc udawało mi się mieć jedną czy dwie wielkie papierowe torby takich fantastycznych dodatków do zanęt.

W tej samej cukierni kupowałem też połamańce - połamane wafle oraz połamane biszkopty. Naprawdę niewiele wysiłku trzeba, aby z cukiernikiem się dogadać i mieć stałe źródło zaopatrzenia w bezcenne składniki.

Kilka razy do roku jeździłem też na różnego rodzaju targi rolne, na których zaopatrywałem się w dziesięciokilogramowe worki różnego rodzaju ziaren - pszenicę, proso, siemię lniane i konopne, jęczmień, co najmniej trzy rodzaje kukurydzy, różne nasiona strączkowych. Koniecznie też starałem się zawsze mieć w zapasie orzechy arachidowe - najtańsze, kupione w hurtowni z łupinkach - oraz ziarna słonecznika. Dwa ostatnie składniki uważam do dziś za swoją tajną broń. Jeśli mi się udawało, to kupowałem także karmę dla papug i kanarków.

O płatkach owsianych, różnych kaszach (poza gryczaną), mąkach, nawet nie będę się rozpisywał. Miałem zawsze na przykład na podorędziu też kilka butelek oleju - słonecznikowy, arachidowy oraz kukurydziany - to nie tylko atraktor smakowy, ale przede wszystkim składnik, który powoduje pracę przynęty - to dzięki niemu zanęta może wolniej, szybciej opadać, a nawet podnosić się od dna. Koniec tekstu!

 
Teksty Jacka Jóźwiaka za zgodą autora..
Copyright Muskie.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.