Strona główna Przewodnik po stronie Rejestracja i logowanie Nasza społeczność Terminarz Muskie.pl Pliki do zaladowania Noty prawne Pytania i odpowiedzi Wyszukaj w muskie.pl Adresy, nazwiska, kontakt
 
Wędkarstwo Podysdkutuj o wędkarstwie Galeria Fotograficzna dla wędkarzy Wędkarskie pamiętniki Sklep wędkarski Muskie Internet wędkarski
 
 
Rady dla nowicjuszy Wędkarstwo spławikowe Wędkarstwo gruntowe
Wędkarstwo spinningowe Wędkarstwo muchowe Wędkarstwo podlodowe
Ryby spokojnego żeru Ryby drapieżne Ryby krainy pstrąga
Przewodnik po łowiskach Porady taktyczne Fortele i tricki
Warszatat wędkarski Przynęty narozmaitsze Sprzęt i wyposażenie
Wędkarskie reportaże Publicystyka wędkarska Nasze próby literackie
Najnowsze informacje Impresy wędkarskie Strony reklamowe w Muskie.Pl
 
Spinning długi czy krótki... Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Autor: Jacek Jóźwiak   
Poczytałem ostatnio na amerykańskich (australijskich zresztą także) serwerach o tamtejszym - dziwiących nas Polaków - podejściu do wędziska spinningowego. Oglądający Rexa Hunta i mający dostęp do prasy amerykańskiej koledzy często dziwią się - jak oni mogą łowić na tak krótkie wędki, na dodatek z tak krótkimi dolnikami, że trzeba je utrzymywać wyłącznie nadgarstkiem...
Spinning

Jestem osobą ciekawską, więc wpadłem na ten i ów ring czy forum dyskusyjne i swoją łamaną angielszczyzną zacząłem zadawać pytania... Otrzymywałem różne odpowiedzi, niekiedy bardzo fachowe, niemalże fizykometryczne, niekiedy zaś zakrawające na szamanizm, mistycyzm... I choć, moim zdaniem, w wędkarstwie wszystko prowadzi do stwierdzenia, że to jest dobre, na co łowi się ryby i co się komu akurat podoba, to muszę przyznać, że w wielu aspektach zostałem przez miłośników ekstremalnie krótkich wędek przekonany.

Jako że miałem dwie wklejanki o identycznych parametrach, postanowiłem jedną z nich "stunningować" na wędkę "amerykańską". Wklejkę przeniosłem o jedną przelotkę niżej, zaś dolnik obciąłem tak, że jego koniec sięga zaledwie 17 cm poniżej stopki kołowrotka. Tak przerobiona wędka ma obecnie 190 cm długości, c. w. do ok. 20-22 g i przypomina jako żywo szpicrutę z lubością noszoną przez brytyjskich oficerów. Akcja wybitnie szczytowa, extra fast, mimo ultralajtowej wklejki. Jednym słowem - dziwadełko, coś w Polsce niespotykanego...

Jeszcze przed 25 laty spinning był bardzo egalitarny - wędki na całym świecie miały podobną długość, akcję, właściwości. Tak naprawdę, to wystarczyło mieć 2.m pręt z włókna szklanego i kilka arkuszy papieru ściernego oraz nieco cierpliwości, aby samodzielnie wykonać "blank" na przeciętnym "światowym" poziomie.

Potem, na skutek postępu technologicznego oraz bardziej czy mniej świadomej manipulacji wielkich producentów z branży, narodziła się różnorodność i wszelkiego rodzaju pseudospecjalizacje. Starsi koledzy zapewne pamiętają jej apogeum, które do Europy dotarło w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia (Boże, ale to brzmi, nieprawdaż? Jesteśmy wszak pokoleniem fin de siecle, choć rzadko sobie z tego zdajemy sprawę)... Prym wiodła niewątpliwie niemiecka firma D.A.M., która miała niezłe wejścia na polski rynek i z różnych przyczyn forsowana była w wędkarskiej prasie...

W jej polityce marketingowej nie tylko wędziska bywały wysoce specjalistyczne, ale także kołowrotki, nawet żyłki, przelotki i inne akcesoria nosiły miano SPEZI. Zander-spinn, Hecht-spinn - niemal każdy drapieżnik, od sandacza i szczupaka, przez okonia, pstrąga, po troć i głowacicę, doczekały się w tamtych latach nie tylko swojego kija, ale i kołowrotka, żyłki, przynęt i innych dupereli. Marketing firmowy ma zawsze ogromny wpływ na wedkarską prasę (choćby w postaci sprzętu do testowania), więc w Polsce zapanowała "specjalistyczna" paranoja, której poddali się niemal wszyscy autorzy pism hobbystycznych poza programowymi spinningowymi naturszczykami. I Jackiem Kolendowiczem, który poszedł własną drogą - ale o tym nieco później...

Niestety, skutki producenckiego prania mózgu odczuwa wędkarska świadomość zbiorowa do dnia dzisiejszego i na nic trwająca od kilku lat moja samotna walka z określeniami typu "sandaczowy kij", "pstrągowy spinnig", "okoniowe wędzisko"... Ta paranoja, obca całkowicie sensowi wędkarstwa, rzeczywistości, zdrowemu rozsądkowi. Podchwycona ona została przez cały świat producencki, handlowy, przez specjalistyczne media - i od tamtej pory wyssano w kieszeni wędkarskich miliardy dolarów. I ssie się nadal, co w internecie widać na każdym kroku w pytaniach w rodzaju: "Jaki kij na szczupaka?", "Jaka wędka na pstrąga?".... Bzdury, bzdury, jeszcze raz bzdury! Zajrzyjcie we własne myśli, we własne pojmowanie, nawet w zasób słownictwa czy możliwości porozumiewania się z kolegami po kiju (jakim, sandaczowym czy pstrągowym, he heh he) - i co wychodzi? Kleniowe wędzisko?

I tu przychodzi kolej na Jacka Kolendowicza, który w rozwoju polskiego spinningu ma znaczenie przeogromne i jest tak naprawdę twórcą polskiej szkoły spinningu, odmiennej od zarówno amerykańskiej, jak i tej uprawianej na zachodzie Europy. Był jedną z nielicznych osób, która we wspomnianym przeze mnie okresie nie poddała się presji "SPEZIlizacji" (czyt. "szpecilizacji") i poszła własną drogą. Jacek w owym czasie raz za razem zdobywał spinningowe mistrzostwo Polski. Był więc tak naprawdę jednym z niewielu "czystych formalnie" spinningistów w tym kraju. Tytuły zdobywał na wodach bardzo różnych, bardzo różnymi wędkami... I pisał o tym z punktu widzenia zawodnika, który łowi w miejscu, gdzie rzucą go organizatorzy zawodów.

Jak przeglądam prasę wędkarska z tamtego okresu, to właściwie tylko on dociekał, czym dla spinningisty jest wędzisko, czym być ono może i czym być powinno. Miał w dupie to, co na blanku napisali marketingowcy - do tego stopnia, że to on jako pierwszy spinningował odległościówkami i kijami do drgającej szczytówki. I pisał o tym. Mistrzostwo Polski zdobywał rok po roku. Potrafił na łamach prasy umotywować na przykład, dlaczego potrzebne mu są podczas zawodów wędki długie i bardzo długie - np. dają możliwość obłowienia strefy opaski przybrzeżnej bez wychylania się z krzaków, pozwalają na bardzo precyzyjne prowadzenie przynęty na kamienistych rafkach i płyciznach, lawirowanie między zaczepami, zatrzymanie przynęty w nurtowym cieniu, precyzyjne, punktowe podanie, czy spławienie wabika.

To on zaczął się zastanawiać, po co spinningiście taki czy inny kij. Większość ówcześnie piszących o spinningu poddała się "szpecimanii". Jacek miał jednak ogromny wpływ na świadomość polskich spinningistów - modne stały się właśnie w owym okresie spinningi coraz dłuższe, coraz delikatniejsze. A jako że marketingowcy to nie tylko dyktatorzy i manipulanci, ale także specjaliści od spełniania rynkowych zachcianek tzw. przeciętnego konsumenta, to D.A.M błyskawicznie miał bogatą ofertę 3 m. kijów spinningowych (standard z 2,40, przesunął się na 2,70 m) oraz powszechna stała się produkcja wklejanek. Aby jednak nie marnować poprzednich starań i "szpeciprzyzwyczajeń" klientów, to wędki długie i wklejanki włączone zostały w program SPEZI. Konsekwetnie robiono klientom wodę z wysokomodułowych mózgów. I tak już, niestety, zostało. Tymczasem to wszystko bzdura, bzdura, bzdura!!!

Bowiem:

  • Nie istnieją wędziska pstrągowe, sandaczowe, szczupakowe i inne...
  • Nie ma wędzisk uniwersalnych
  • Wędziska są albo krótkie, albo długie, albo cos pomiędzy; albo sztywne, albo elastyczne; albo mocne, albo słabe. Albo coś pomiędzy. Czyli są takie, jakie są.
  • A tak naprawdę to wędziska wcale nie są takie, jakie są, tylko są po coś i do czegoś...

Od kilku lat przeszło mi uwielbienie dla długich wędek - wszystko przez to, że w ową długość poszedłem dość bezkrytycznie w czasie, kiedy prowadziłem "Świat Spinningu". Gdzieś w Stanach zamawiałem muchowe blanki o długości 3.30 i 3.60, prosiłem mistrzów zbrojnictwa o zrobienie z nich spinningów, przerabiałem odległościówki 3.90, a nawet 4.10 na spinningi i chwaliłem sobie łowienie w ten sposób.

Do czasu, kiedy na którychś ze śp. Targach Wędkarskich dostałem od Grzesia Szenajcha (Pro Fishing and Sport) Mitchellowską wklejankę Zero Gravity o długości 2.10. Taką do 7 g. Okazało się, że operowanie tą wędką - z bardzo krótkim 22 cm dolnikiem - było o wiele wygodniejsze. Przede wszystkim chodziło o jazie, kto bywał ze mną na Publicznym Jaziowisku, ten wie, że zacięcie tych ryb, szczególnie kiedy zostaną one skłute, to sztuka przez duże S. Ma się na skuteczność ułamek sekundy - chwilka dekoncentracji, oparcie łokcia "na schabach", wsparcie dolnika na przedramieniu wystarczały na to, by zacięcie okazało się spóźnione.

Gravity nie pozwalał na te dekoncentrację - po prostu wędka trzymana była nadgarstkiem i na dobrą sprawę nie istniała możliwość przeniesienia dolnika w "fazę spoczynkową", a tym właśnie jest opieranie kija o przedramię czy o biodro. Zacięcie jest wówczas niesamowicie naturalne - nie tnie się, jak to bywa w przypadku spinningów o długim dolniku, całym sobą - znam bardzo skutecznych wędkarzy, o znanych zresztą nazwiskach, którzy zacinają każdym mięśniem, nawet małżowinami usznymi... Zacięcie na Gravity i na późniejszych moich nabytkach czy produkcjach, okazywało się bardzo naturalne, niemal natychmiastowe. Powiedziałbym - INSTYNKTOWNE - a to dla wędkarskiej skuteczności bywa ważniejsze od... wszystkiego.

I dla mnie był to podstawowy powód do stopniowego przechodzenia na kije coraz krótsze - okazało się, że delikatne "gumkowe" brania sandaczy cięte z nadgarstka, przynoszą o wiele więcej ryb na haku, przedzimowe wsysanie paprochów przez okonie także wymaga instynktownego zacięcia przy pierwszym "dygnięciu" wklejki...

Nie byłbym jednak sobą, gdybym po fazie eksperymentów i praktyki nie zaczął rozglądać się za jakąś teoretyczną podbudową - stąd pomysł, aby u źródeł dowiedzieć się, po co Amerykanom krótkie wędki z krótkimi dolnikami...

Zacznę od ciekawostki - większość z tamtejszych wędkarzy nie ma zielonego pojęcia, jak się spinninguje w Europie. Na stronach firm produkujących blanki i przeznaczonych na teren USA nie ma w ogóle tych najdłuższych modeli - pojawiają się one wyłącznie w katalogach i na stronach dedykowanych Europie. Podobnie zresztą bywa z witrynami producentów wędzisk - niektóre wzory popularne w Europie znajdują się wyłącznie w papierowych katalogach na Europę...

Spodziewałem się, że argumentem numer jeden będzie fakt łowienia przez Amerykanów głównie z łodzi. Tymczasem okazało się, że równie popularne jest tam łowienie brodząc - choć faktycznie, gdzie się daje i gdzie wolno spuścić na wodę łódkę, to się ją spuszcza. Jednak polując na łososie, na kilka gatunków pstrągów i co tam jeszcze w Stanach pływa, łowi się także na wędziska krótkie. Przeżyłem szok, kiedy jeden z moich rozmówców napisał: "a jaka jest różnica czy rybę podbiera się z łodzi, czy podczas brodzenia doprowadza do ręki lub podbieraka. Im dłuższy kij, tym łatwiej o jego złamanie." Szok przez to, że to zdanie jest naprawdę bardzo sensowne. Jego zdaniem, to wędkarze łowiący z łodzi mają większe uzasadnienie do używania dłuższych wędek, ponieważ "mogą zabrać na łajbę podbierak z długim trzonkiem". Nie ma tej możliwości spinningista brodzący.

Celem tego artykułu są dwie sprawy - po pierwsze, zburzenia narzuconego - przez wielokrotne powtarzanie, prasowe i producenckie pranie naszych mózgów - systemu bzdur, nieprawd, półprawd, pierdoł, którymi jesteśmy przesiąknieci, po drugie do myślenia podczas łowienia, do myślenia podczas myślenia o łowieniu, do myślenia podczas zadawania pytań o łowienie, czyli w ostateczności do wędkarskiego myślenia. O to walczą od lat - wymieniony już przeze mnie Kolendowicz, także Markowie Szymański i Kaczówka, Tomek Krzyszczyk, Maciek Jagiełło. Jak tak się przyjrzeć uważnie ich publikacjom - niewiele w nich aksjomatów i sztywnych reguł, za to masa "sytuacyjności" spinningowania i namawianie do dostosowania się do zastanej rzeczywistości.

Krótka wędka z łodzi? Ludzie, toż to pierdoła od lat powtarzana, bzdura wypływająca z "lądowania wyślizgiem" dużego szczupaka na płaski brzeg rzeki. No bo - faktycznie - jaka jest różnica między doprowadzaniem ryby do burty łodzi a podholowywaniem jej do ręki, kiedy stoi się po brzucho w wodzie? Kto ją dostrzega? Mój boże, ileż ja odległościówek połamałem, zanim zacząłem na brodzące wyprawy zabierać podbierak z teleskopowym, 2 metrowym trzonkiem. Teraz tego nie muszę robić - korzystam z króciaków.

Pierwszym argumentem - aż dziw w krajach (USA, Australia, Nowa Zelandia...) - za stosowanie takich a nie innych wędek była... "tradition".

Wiem, wiem, też zrobiłem taaakie oczy. Szybko jednak wróciły one do normalnych rozmiarów, ponieważ bywałem tu i ówdzie i widziałem jak powszechne jest w wymienionych krajach korzystanie z multiplikatora, który tradycyjnie, z wyjątkiem technik dwuręcznych, osadzony jest na wędzisku o krótkim dolniku. Konsekwencją łowienia jednoręcznego jest "krótkość" wędki - jeśli kij trzyma się nadgarstkiem, długie zanadto by męczyły przegub dłoni.

Jaki więc spinning można polecać? Hm, chyba po prostu wygodny. I przy okazji warto namawiać do jednego - warto spróbowac łowić inną wędką niż ta, którą się posiada. Argumenty na korzyść długich wędek tych, którzy nigdy krótkimi nie łowili, nie są specjalnie wiarygodne. Koniec tekstu!

 
Teksty Jacka Jóźwiaka za zgodą autora..
Copyright Muskie.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.