Strona główna Przewodnik po stronie Rejestracja i logowanie Nasza społeczność Terminarz Muskie.pl Pliki do zaladowania Noty prawne Pytania i odpowiedzi Wyszukaj w muskie.pl Adresy, nazwiska, kontakt
 
Wędkarstwo Podysdkutuj o wędkarstwie Galeria Fotograficzna dla wędkarzy Wędkarskie pamiętniki Sklep wędkarski Muskie Internet wędkarski
 
 
Rady dla nowicjuszy Wędkarstwo spławikowe Wędkarstwo gruntowe
Wędkarstwo spinningowe Wędkarstwo muchowe Wędkarstwo podlodowe
Ryby spokojnego żeru Ryby drapieżne Ryby krainy pstrąga
Przewodnik po łowiskach Porady taktyczne Fortele i tricki
Warszatat wędkarski Przynęty narozmaitsze Sprzęt i wyposażenie
Wędkarskie reportaże Publicystyka wędkarska Nasze próby literackie
Najnowsze informacje Impresy wędkarskie Strony reklamowe w Muskie.Pl
 
Z bergla się żyje Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Autor: Jacek Jóźwiak   
Reportaż spod klasztoru na warszawskich Bielanach. Specyficzne miejsce, specyficzni ludzie i obyczaje. Ale miejsce, choć cuchnące - fantastycznie rybne. Jest i duży sum, który natychmiast odjeżdża w celu zamienienia go na płyny rozweselające. Reportaże

Za pięć dorodnych leszczy, takich od półtora kilograma wzwyż, powinno się dostać równowartość pół litra żytniej... Za reklamówkę leszczy, krąpi i cert, można przynieść niezłą siatę alpag... - Z tego się żyje - mawiają - z tego się żyje.

Już tak z kolektora nie wali. Sączy się tylko, mleczną smugą barwiąc wody rzeki. Jedynie po deszczach wypływa z kanałów trochę ekskrementów, ćwiartek cytryny i skórek po pomidorach.

Nad zatrzymaniem kolektora biadają stali bywalcy "bergla pod klasztorem". Przestało nęcić. Jeszcze przed rokiem można było złowić tutaj bez specjalnego wysiłku nawet dwadzieścia kilo ryby na dobę. Od wiosny do końca października. Łowiło się niekiedy całą dobę. A w ciepłe noce nie schodziła z "łowiska" i przez kilka dni. Kimało się na kupie trawy zniesionej pod wiadukt Wisłostrady. Bywało, że dwie wędki miały czterech zmienników. Spali na zmiany, trzeźwieli na zmiany...

Rano zwijało się majdan i z siatką pełną leszczy, brzan i cert szło się na bazarek przy Wolumenie, pod Halę Przy Agorze, pod Marymoncką albo i pod Mirowską, gdzie można było forsować najlepszą cenę.


To naprawdę pod tym berglem

Wiślaną rybą odżywiali się głównie ludzie starsi, którzy za niższą opłatą gotowi byli pogodzić się z lekkim fenolowym absmaczkiem. Do dzisiaj są oni najwierniejszymi klientami bywalców znad bergla.

Im dalej w jesień, tym lepiej bije w żywca i blachę sandacz i szczupak. Zdarzy się też potężne sumisko. Nie wszyscy śmietnikowi wędkarze przeliczają połowy na półlitrówki. Niektórzy rybami z Wisły dorabiają do skromnych emerytur i rent. Wielu z nich płaci składki w PZW dopiero po pierwszym udanym marcowym połowie i pierwszej wizycie na bazarku...

Wrzask. Walnęło w sandaczową bombkę. Ostre zacięcie. Siedzi. Krótki, ostry hol I do siaty wędruje trzykilowy drapieżnik. Już trzeci dzisiejszego popołudnia. To cieszy, łowcy spod klasztoru mają bowiem zamówienie na sandacza, suma i szczupaka z jednej z żoliborskich restauracji.


Bierze!

- Się z tego żyje i się nie patrzy na regulamin PZW - wzrusza ramionami starszy, nie ogolony gość. - Zarządy i walne zgromadzenia nie przewidziały biedy i bezrobocia, kiedy pisały regulaminy. Ten przepis, że złowionych ryb nie wolno sprzedawać, to dziś martwa literka. Bo patrz pan, tamten facet nie ma trzech czwartych żołądka, powinien stosować specjalną dietę, a ma tylko grosze renciny. Potrafi za to łowić brzany. To ma myśleć o wędkarskiej etyce i zamiast przecierów dla dzieci żreć ryby z Wisły?

- Niektórzy za sprzedane ryby kupują wódkę - wtrąca inny. - Ale to chyba lepiej niż kraść, nie?

Słońce idzie ku zachodowi. Siedzą jeden obok drugiego. Między wędkami metr, półtora. Wędziska najtańsze z możliwych - bambusówki, "ruskie baty". Czasem tylko trafi się zachodnie. Przecież nie wszyscy handlują złowionymi rybami. Niektórzy wpadli tutaj po robocie, by trochę się odprężyć, rozerwać. Nie jedzą tych ryb, oddają je innym. W rezultacie i ich połów trafi na bazar, do knajpy, czy do sąsiadów stałych bywalców śmietnika.


Pójdzie na przelew

Łowi się tutaj na ciężką przystawkę. Leszcz z Wisły nie jest rybą subtelną. Gdy żeruje, wali w dziesięciogramowe bombki, jak mazurski okoń w stynkę. Bierze na robaki kompostowe, na białe, na pędraki, na kaszkę. Nikt tutaj nie patyczkuje się podczas holu - dwudziestkaszóstka na przyponie, hak szóstka i zacięty, dwukilogramowy leszcz jedzie do brzegu jak na windzie kotwicznej. Podbieraki zarezerwowane są dla tych trzykilowych, dla brzany i klenia.

Zmierzcha... Ruszył się drapieżnik. Woda kotłuje się dosłownie. Po kancie chodzi sandacz, nieco dalej, nad plosem, bije w ukleje sum. Przy samym brzegu boleń kończy ciepły, jesienny dzień. Część wędkarzy zwija sprzęt, kilku decyduje się zostać na noc. Wymieniają bombki na jaśniejsze. Światła Wisłostrady pozwalają bez latarki założyć na hak białego robaczka.

Wraca Delegat, który przed kilkoma kwadransami wysłany został z dziewięciokilogramowym sumem do zaprzyjaźnionej restauracji. W reklamówce niesie dwie żytnie 0,75. Wędkarze odchodzą od brzegu.

Tylko jakiś zawzięty spinningista biczuje uparcie wodę. Zamienił przed kilkoma dniami dwukilowego sandacza na wobler typu "Ghost", fosforyzujący w ciemnościach. Kilka chwil naświetlania latarką po każdym rzucie i świecąca zimnozielonym blaskiem przynęta wędruje we wsteczny prąd.

Już ciemno. Nad bielańskim śmietnikiem dwie radości - rozlewają drugą kolejkę, a uparty spinningista ciągnie jakiegoś drapieżnika. Nie oszczędza wędziska, ale i nie musi - dwuręczna, pełna "Germina", ogromna katucha i żyłka pięćdziesiątka.

Sum już pod powierzchnią. Z paszczy bije upiorna poświata. Któryś z kibiców wkłada do wody hak osęki. Sum na brzegu. Na pierwszy rzut oka siedem, osiem kilo.

- Jasiu, przywiązuj go do rowerka. Do jedenastej jeszcze mnóstwo czasu. Jedź do knajpy. Dadzą za niego dwie flaszeczki.

- Jak jutro sprzedam swoje leszcze - mruczy ktoś - to se też kupię takie świecidełko. Albo i dwa... Koniec tekstu!

 
Teksty Jacka Jóźwiaka za zgodą autora..
Copyright Muskie.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.