Strona główna Przewodnik po stronie Rejestracja i logowanie Nasza społeczność Terminarz Muskie.pl Pliki do zaladowania Noty prawne Pytania i odpowiedzi Wyszukaj w muskie.pl Adresy, nazwiska, kontakt
 
Wędkarstwo Podysdkutuj o wędkarstwie Galeria Fotograficzna dla wędkarzy Wędkarskie pamiętniki Sklep wędkarski Muskie Internet wędkarski
 
 
Rady dla nowicjuszy Wędkarstwo spławikowe Wędkarstwo gruntowe
Wędkarstwo spinningowe Wędkarstwo muchowe Wędkarstwo podlodowe
Ryby spokojnego żeru Ryby drapieżne Ryby krainy pstrąga
Przewodnik po łowiskach Porady taktyczne Fortele i tricki
Warszatat wędkarski Przynęty narozmaitsze Sprzęt i wyposażenie
Wędkarskie reportaże Publicystyka wędkarska Nasze próby literackie
Najnowsze informacje Impresy wędkarskie Strony reklamowe w Muskie.Pl
 
Asiotrok i licznik Geigera Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Autor: Jacek Jóźwiak   
Reportaż nad Prypeci - jak w nieodległym czasie od katastrofy Czarnobylskiej łowiłem ryby w tej rzece niedaleko od zakazanej strefy wysiedleń. W znakomitym towarzystwie - serdecznych Białorusinów oraz niemieckiego dziennikarza. Reportaże

Prypeć szła pięknie. Zachodziło słońce, ustawał wiatr, a ryby ożywiły się i żerowały jak szalone. Staliśmy w wyrwie brzegowej na jednym z rzecznych zakoli. Wszystko tu było - i odległa o dziesięć metrów bystrzyna, i zwary na pograniczu nurtu i kręcącej się cofki, i spokojna, tajemnicza głębia pod naszymi stopami.

- Job jego mat' - wystękał Udo, a potem z ulgą zaczął kląć po niemiecku. Nie musiał mówić, o co chodzi. Wystarczyło, bym spojrzał na jego torbę. Wyjął dozymetr, pochylił się nad piaskiem i szperał nim to tu, to tam. Podsunął mi czytnik pod nos i znów zaczął słać wiązanki. Sześć lat po wybuchu, dwadzieścia sześć kilometrów od czarnobylskiego sarkofagu wynik dziesiątki razy przekraczał wszelkie dopuszczalne normy.

Szliśmy potem przez opuszczoną wieś. W milczeniu. Przy bramie strzeżonej przez młodziutkiego bojca w tę i z powrotem przechadzała się Uta. Uspokoiła się, gdy nas ujrzała. W milczeniu pakowali swoje kamery, światła, mikrofony. Odjechaliśmy. Bojec spoglądał za nami, wyraźnie rozżalony, że nie dostał paru bezcennych tu dolarów.

W Chojnikach, białoruskim miasteczku w pobliżu granicy z Ukrainą, byłem już po raz trzeci. Stąd do strefy pełnego wysiedlenia miałem kilka kilometrów. Frapowała mnie zmiana, jaką dwa lata wcześniej zauważyłem w ludziach żyjących tutaj. Trzy lata po wybuchu, kiedy pisałem swój pierwszy reportaż z "zony", także jesienią, w sadach poniewierały się setki kilogramów owoców, przydomowe działeczki stały odłogiem. Podczas drugiej wizyty ludzie powrócili do ziemi, choć nieśmiało jeszcze, z oporami.

Ale teraz po raz pierwszy na miejskiej "targuszkie" zobaczyłem leśne owoce, grzyby. I całą masę suszonych rybek, miejscowego specjału, który dobrze przyrządzony był wspaniałą zakąską do każdego wytrawnego trunku. Osobliwie do piwa.

Duet UU, jak sami siebie nazywali, spotkałem właśnie na rynku. Przestawiali kamerę, spoglądali na światło, szukali ciekawych twarzy. Podszedłem do nich.

Okazali się wspaniałymi kompanami. Stanowili ekipę z niemieckiej telewizji, która już czwarty rok dokumentowała życie skażonej, południowej Białorusi. Uta była dźwiękowcem i "oślepiaczem" w jednej osobie, pełniła też rolę dokumentalistki. Chodziła z licznikiem Geigera w kieszonce wranglerowskiej bluzy. Jadła tylko to, co przywieźli ze sobą z kraju. Udo był jednocześnie realizatorem, reporterem i operatorem. I fatalistą. W chwili kiedy do nich podszedłem, otwierał puszkę Heineckena i z zapałem wgryzał się w suszonego karasia. Uta tłumaczyła coś rozpaczliwie. Udo machnął ręką, wygulgotał swoje "job jego mat'" i żuł z lubością słodkosłonawą rybkę.

Zaprzyjaźniliśmy się. Wymieniliśmy doświadczenia, spostrzeżenia i co tam jeszcze. Przez kilka dni byliśmy sobie przewodnikami, tłumaczami, kolegami po fachu i przyjaciółmi. Jeździłem ich samochodem, korzystałem z ich udogodnień w telefonicznych łączeniach. Ale już pierwszego dnia postanowiliśmy - musimy połowić tutaj ryby. A to nie tylko Prypeć, to także rozrzucone po lasach i łąkach tajemnicze wodne oczka, bajorka, stawki. Udo narzekał, co prawda, na brak sprzętu - bezskutecznie próbował coś znaleźć w miejscowych sklepach - ale zgodził się ze mną, że Poleszuki mogą mieć odmienne techniki połowu. A mają...

Kałchan, Jura Ostapowicz, rozpromienił się, rozpostarł ramiona i zapiał z zachwytu. Kałchan był sąsiadem moich gospodarzy, kołchozowym kierowcą zdrowo po czterdziestce. Człowiek-dusza, gotów świata przychylić gościowi z Polski, więcej, gotowy nawet przepędzić niedostałą "brachę" (czyli zacier), by - mimo straty na wydajności - dogodzić inostrancom.

Wszystko miał, miał nawet przyjaciela, z którym nad Prypeć tydzień w tydzień jeździli. A i żyłki, i haki, i ciężarki, i kasarek... Spytany o wędziska i kołowrotki, zmarkotniał nieco, ale pomyślawszy chwilę odrzekł, że dla mnie i dla mojego niemieckiego przyjaciela "usio poszukajem".

***

Nad rzekę wybraliśmy się w sobotni poranek. Wyjechaliśmy jeszcze przed świtem. Kałchan z ogromnym samozadowoleniem wręczył nam uzbrojone teleskopowe wędziska. Udowi, jako przybyszowi z lepszego Zachodu, trafiła się batowata węglówka litewskiej produkcji, ja dostałem tradycyjnego "żółtka" z brązową szczytówką. Za to kołowrotek miałem lepszy - przyzwoitego "Oriona" z metalową szpulą.

Udo z rozbawieniem ustąpił miejsca za kierownicą Jurijowi. "Aluzju poniał" - charkotnął z tym swoim bawarskim akcentem, kiedy Kałchan wsadził głowę "za fajerę" i wodził nosem po desce rozdzielczej, pytając o przeznaczenie gałek, guzików, wskaźników.

Kolega Kałchana, Rusłan Bar-Kadijewicz, okazał się mrukliwym Tatarem. "Z polskich Tatarau" - zaznaczył, witając się ze mną. Udało mi się jeszcze wydobyć z niego, że chyba jego dziadek, może pra, szczycili się polskim indygenatem. Potem zamilkł i już do końca naszej wyprawy odzywał się monosylabami. Choć uśmiechał się często, łyskając zębami, a dwa czy trzy razy eksplodował serdecznym, głośnym śmiechem. Miał 59 lat - jak twierdził Kałchan. A nie wyglądał.

Zatrzymaliśmy się w szczycie podobnego zakola, jakie spotkaliśmy w pobliżu ewakuowanej wioski. Już w samochodzie pojęliśmy, że będziemy łowić na ciężką gruntówkę. Żyłka nie miała co prawda milimetra, ale niewiele jej do tego brakowało, ciężarki - osobliwego, liściastego kształtu - ważyły po 30 dag. Zaciekawiło nas zakończenie zestawów dwoma różnej długości przyponami z dużymi, węgorzowymi hakami. Ale tak ponoć tu jest przyjęte.

Jura i Rusłan nie mieli wędzisk. Gapiliśmy się na nich zadziwieni, ale oni postanowili najpierw zadbać o gości i stanowczo nakazali wybrać sobie stanowiska. Zaraz potem dostaliśmy po blaszance z "wiunami". Po raz pierwszy w życiu zobaczyłem wówczas tak wiele larw minoga rzecznego, jak się później okazało fantastycznej przynęty. Były to ciemne, wijące się stworzenia, długie na piętnaście centymetrów, miękkie i śliskie obrzydlistwa. Nanizano nam je na haki, pokazując, jak mamy sami powtórzyć tę czynność, i zaproszono zarzucać.

Rzeka miała tutaj piaszczysto-gliniaste dno. Ponoć nie było żadnych zawad. Zestaw rzucony w bystrzynę, dzięki kształtowi ciężarka, powoli, jednostajnie, nie szarpiąc szczytówką schodził w zawirowania, a potem ześlizgiwał się samodzielnie w największą głębię. Należało go tam przytrzymać przez kilka minut i powtórnie zarzucić w nurt. Kałchan ze swoim towarzyszem wyjęli w tym czasie swoje wędki. Coś przedziwnego. Na drewnianych motowidłach nawinięty był trzymilimetrowy sznurek zakończony podobnym do naszych ciężarkiem, ze trzy razy większym i zwieńczonym wtopionym głęboko trójkątem z drutu. Bok trójkąta miał może czterdzieści centymetrów, może pół metra. Do owego wynalazku przywiązanych było po sześć "żyłkowych" przyponów rozmaitej długości.

Zarzucanie poleskiej gruntówki było dość skomplikowane. Z wyjątkową zręcznością robił to Rusłan. Wysnuwał z motowidła trzydzieści metrów sznurka, układał w starannych zwojach na piachu, stawał na motowidle i rozkręcał zestaw nad głową. Świst, stęknięcie i chlupot. Prawie gotowe.

Po zarzuceniu przysypywało się motowidło kupką białego piachu. W odległości metra wbite były dwa grube patyki, między którymi w żaden sposób nie mogło prześliznąć się motowidło.

Była to nad wyraz praktyczna samołówka. Na "wiuna" musiała wziąć niezła ryba, taka, która bez wysiłku mogła wyrwać zwijak spod piasku. Metr drogi i powstrzymywały ją palikopatyki. "Wot i Poleszuk szczuku pydmanuł" - jak mawiano w okolicy, gdy komuś powiódł się jakiś podstęp. Czyli - Poleszuk oszukał szczupaka...

***

Pierwszy złowił rybę Udo. Na spadzie do głęboczki. Zareagował jak wytrawny, zachodni wędkarz. Wystarczyło, że biczysko wędziska wyprostowało się raptownie i już zacinał. Na takiej żyle trzykilogramowy sum wyciągnięty został na brzeg niczym żaglówka na slip. Niemiec bezradnie szukał oczami podbieraka, gdy podszedł Kałchan, złapał za żyłkę i wywlókł rybę na piaszczysty brzeg. Przyniósł za chwilę "taptuch", siatkę na obręczach, przypalikował ją i wrzucił zdobycz, dziwiąc się niezmiernie, że zahaczona za wargę. Odwrócił się do Uda, schwytał dwoma paluszkami za kącik ust i z dezaprobatą pokręcił głową. Władował sobie potem palucha w gardziel - aż zaznaczyło na żołądku - i rozpromienił się nagle.

- Tak treba, pan Bundeswehr...

Udo przyjmował życie i ludzi, jakimi są, więc następnemu, mniejszemu o połowę sumikowi trzeba było przypon zostawić w brzuchu.

Ja złowiłem trzy czy cztery ryby bardzo podobne do brzan, może nawet były to brzany. W każdym razie walczyły prześlicznie, pięknie też znaczyły branie - podczas spływu zestawu po dnie szczytówka leciutko drżała i nagle kłoniła się ku wodzie. Znając tę metodę znad Wisły, nie musiałem się spieszyć - poprawiałem tylko zacięcie i zaczynała się zabawa.

Około ósmej - zestaw od kilku minut leżał w siedmiometrowym plosie - szczytówka zadrżała leciutko. Raz, drugi, trzeci. Przerwa. I znowu, lecz tym razem drgania nie ustawały. Chciałem zacinać-spostrzegłem kątem oka, że Kałchan kręci rozpaczliwie głową. Powstrzymałem się i oto szczytówka powoli, ale konsekwentnie przygięła się ku wodzie.

Hol nie był zbyt długi, ale po raz pierwszy spotkałem się z takim zachowaniem ryby. Najpierw typowe murowanie do dna, potem schodzenie w bok bez szarpaniny, gwałtowne podejście do powierzchni i pionowa ucieczka w dół. Właśnie w trakcie tych "zjazdów" przydawał się nieoceniony hamulec "Oriona" - ryba gnająca ku powierzchni zyskiwała luz, którego w żaden sposób nie byłem w stanie kontrolować. Jej nagłe nurkowanie powodowało, że żyłka strzelała o wodę i naprężała się raptownie. Gdyby nie hamulec, to jak nic trzasnąłby półmilimetrowy przypon.

Lądował ją Kałchan. Po swojemu. Ze zdziwieniem wpatrywałem się w zjawisko, którego nie powinien bym był nigdy zobaczyć "żywymi głazami".

- Asiotrok, asiotrok kak chren, szcze uwidi! - Cieszył się Kałchan.

Na jesiotra ryba zdała mi się zbyt mało "pancerna". Ale kształt ten sam, nawet miotełka wąsików okalająca gębę identyczna jak na rysunkach z podręczników rybackich. I pociesznie zadarty "nosek" - to po tym nosku znajomy warszawski ichtiolog kategorycznie rozsądził, że to musiał być sterlet - jesiotr chętnie wchodzący w rzeki zlewni Morza Czarnego, jeden z mniejszych przedstawicieli jesiotrowatych.

Ale swoje trzy kilo miał.

Z największym trudem Rusłan z Kałchanem wytłumaczyli mi, że nie mam prawa w trakcie wspólnych łowów wypuszczać takiej ryby. Nieczęsto staje się łupem poleskich wędkarzy, aczkolwiek trafia się od czasu do czasu. A przede wszystkim to "asiotrok" jest bardzo smaczny - Kałchan trzymał mnie kurczowo za rękę i ślinił się jak pies Pawłowa.

- Tak, i nazywa się Cez Stront Curie-Skłodowska - mruknąłem po polsku.

Leżeliśmy potem w południe na trawiastej górce i marzyliśmy z Udem o takiej wędkarskiej bonanzie w naszych krajach. Niemiec wyjął z przepastnej kieszeni "bundeswerki" dozymetr, spojrzał na wodę, zmarszczył czoło i z tym swoim "job jego mat'" schował z powrotem.

A Kałchan z Rusłanem wędzili. Mieli tutaj i wędzarenkę, i szałas. I wszystko co potrzebne, by biwakować kilka dni. Patrzyliśmy, jak Tatar sprawia ryby, jak filetuje je kilkoma pociągnięciami kindżału. Nacierał filety grubą solą i gniecionymi liśćmi rośliny pachnącej jak estragon. Owijał je potem w siatkę z cienkiego drutu i wkładał do pokrytej gliną beczki uplecionej z wikliny.

Pod wieczór Kałchan miast drewna wrzucił do paleniska naręcze świeżych gałązek iwy. Za godzinę ryby wystygną - cieszyli się obaj.

Później, już przy ognisku, położył Bar-Kadijewicz przed nami po potężnej porcji wędzonego "asiotroka". Sami jedli, aż im tłuszcz po brodach ciekł. Udo znów zaklął po rosyjsku, sięgnął do kieszeni po dozymetr, zrezygnował, puścił wiązankę po niemiecku i wgryzł się w rybę. Wszyscy trzej gapili się na mnie bezczelnie, mlaskając przy tym, ile wlezie. Gębę wypełniła mi ślina. I wtedy Rusłan, białoruski Tatar i polski szlachcic, wybuchnął serdecznym śmiechem. Koniec tekstu!

 
Teksty Jacka Jóźwiaka za zgodą autora..
Copyright Muskie.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.