Strona główna Przewodnik po stronie Rejestracja i logowanie Nasza społeczność Terminarz Muskie.pl Pliki do zaladowania Noty prawne Pytania i odpowiedzi Wyszukaj w muskie.pl Adresy, nazwiska, kontakt
 
Wędkarstwo Podysdkutuj o wędkarstwie Galeria Fotograficzna dla wędkarzy Wędkarskie pamiętniki Sklep wędkarski Muskie Internet wędkarski
 
 
Rady dla nowicjuszy Wędkarstwo spławikowe Wędkarstwo gruntowe
Wędkarstwo spinningowe Wędkarstwo muchowe Wędkarstwo podlodowe
Ryby spokojnego żeru Ryby drapieżne Ryby krainy pstrąga
Przewodnik po łowiskach Porady taktyczne Fortele i tricki
Warszatat wędkarski Przynęty narozmaitsze Sprzęt i wyposażenie
Wędkarskie reportaże Publicystyka wędkarska Nasze próby literackie
Najnowsze informacje Impresy wędkarskie Strony reklamowe w Muskie.Pl
 
Słuchajcie cmokania karpi Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Autor: Jacek Jóźwiak   
Reportaż o tym jak się łowi karpie koło Elekrociepłowni Żerań. Tamtejsze sposoby i metody na zwabienie wielkich karpi i sumów. Przy okazji charakterystyka tego łowiska. I na zakończenie 14 kg karp. Reportaże

Uderzenie w gruntówkę poderwało wszystkich. Na haku był spory rak. Paweł Zylber odskoczył od spławikówki i zamarł przy dence. Cisza, ryba nie powtarzała ataku... Drgnął natomiast histerycznie porzucony spławik, podniósł się do pionu i zanurkował gwałtownie. Trzynastoletni syn Zylbera rzucił się do wędziska ojca, zaciął. Za późno.

Kanał Żerański parował jak kociołek. Noc była chłodna, woda wygrzana przez słońce i zrzuty ciepłej wody z elektrociepłowni. W porcie tłoczno. Jak w każdy weekend. Wzdłuż zrzutu stało ze trzydzieści gruntówek, po prawej stronie wiaduktu, przy płocie Przedsiębiorstwa Budownictwa Wodnego, stało nas czterech. Słaba noc - do trzeciej uzbrojone w chemiczne świetliki szczytówki winkelpickerów i spławiki zaledwie kilka razy sygnalizowały branie. Trudno było zaciąć, czepiały się haka niewymiarowe leszczyki, zwane na Kanale podleszczakami. Nazwa ta ma usprawiedliwić wrzucanie rybek do siatek. I usprawiedliwia - codziennie wyławia się z Kanału kilkanaście kilogramów takich glutów.

W porcie widno. Wędziska oświetlane są przez jodówki z wiaduktu, rampę z elektrociepłowni i rtęciówki z PBW. Na upartego można byłoby nie używać świetlików. Wyraźnie widać, jak przy larsenach chodzi drobnica, czasem kręgami na wodzie zaznaczy się atak sandacza czy błysną refleksem plecy suma. Od barek niesie flegmatyczne cmokanie karpi, pomagające wędkarzom przetrwać noc, podtrzymujące nadzieję na wielką rybę.

* * *

Zrezygnowany Zylber ściąga gruntówkę. Idziemy oglądać raka. Coś urwało mu łapki ze szczypcami. Najprawdopodobniej karp - sum zagarnąłby całego, sandacz pokłułby skorupkę swoimi zębiskami. Paweł poprawia hak i inwalida wędruje pod barki.

- Daj trochę luzu - radzi któryś z nocnych Marków. - Bo znowu coś mu urwie i puści.

Zylber korzysta z rady, zwalnia nawet hamulec przy swoim Carbo-O-Starze. Wraca do spławikówki.

Łowię na dwa winkelpickery. Na dłuższym mam wyrwanego ze skorupki winniczka, na krótszym tradycyjną na Kanale kaszę manną. Tutaj to bardzo uniwersalna przynęta - biorą na nią leszcze i te nieszczęsne podleszczaki, nie omijają jej półkilogramowe karasie srebrzyste, bywa, że skusi się karp czy coraz rzadszy w Kanale linek. Przyrządzanie kaszy to dla każdego wędkarza nieledwie misterium. Wszyscy mają ukrywane skrzętnie patenty. Jedni dodają czosnku, inni miodu, jeszcze inni posiłkują się atraktorami Kremkusa czy Top Secretami. Dochodzą barwniki - jest manna biała, jest żółta, zielona, pomarańczowa. Ale każda gula wyrobiona jest tak, że odbija się od podłoża niczym piłka tenisowa. To daje gwarancję, że drobnica nie zdejmie przynęty z haka.

Pół do czwartej. Zakładam świeżą kulkę. Moja kasza jest białobrunatna. To przez karmel, który dodaję przed gotowaniem. Przynęta pachnie intensywnie. Zupełnie jak czekolada. Oprócz karmelu wsypuję do niej łyżeczkę od kawy zielonego Kremkusa, tego na karpie i liny. W dobrą noc daje to znakomite efekty. Żrą i japońce, i karpie.

* * *

Prawie nikt nie nęci tutaj kulami zanętowymi. Na Kanale używa się telewizorków i sprężyn zanętowych. Niektórzy nawet zakładają je na zestawy spławikowe. Łowi się tu na przystawkę - z przepływanki nie da się korzystać ze względu na panujący tłok. Za dnia między wędkarzami nie ma metra wolnej przestrzeni, w nocy dzieli najwyżej trzymetrowy pas betonowych kafli.

W koszyczkach i sprężynach najrozmaitsza zanęta. Jak zwykle największe powodzenie mają płatki owsiane, ale zdarzają się bardziej wyrafinowane mieszanki. Mój sąsiad z prawej, wpatrzony do wytrzeszczu w swoją drgającą szczytówkę, dodał do zanęty leszczowej tzw. kopry polskiej i drobnych białych robaków. Ma najlepsze wyniki tej nocy - w potężnej zawodniczej siatce pływa kilka leszczy, trzy japońce i półtorakilogramowy karpik.

Moja mikstura składa się w jednej trzeciej z najdrobniejszej, "mazurskiej" kaszki jęczmiennej, w jednej trzeciej z płatków. Pozostałość to tarta bułka, odrobina kaszy kukurydzianej, pszennych otrębów, manny i płatków ziemniaczanych. Wszystko dosmaczane karmelem i zielonym Kremkusem. Dzisiaj coś nie bardzo wabi, ale zdarzały się noce i poranki, gdy do tej zanęty - jak ćmy do światła - ciągnęły kilogramowe karasie i ładne leszcze.

* * *

Zadrgała szczytówka wędki z winniczkiem. "Poprawiło", gdy tylko położyłem dłoń na dolniku. I to jak poprawiło. Wygięła się cała górna sekcja kija. Warto łowić na mięczaki. To przynęta na spore ryby. Brania nie są częste, ale w każdą noc zdarzają się po trzy, cztery. Na hak nr 6 zakładam wyjętego ze skorupy ślimaka, czasem nagiego pomurnika czy kawałek mięsa z małża.

Tym razem na kiju coś większego. Przymurowało - to może być karp lub sum. Z trudem odrywam rybę od dna. Szarpnięcia są bardzo silne, ale mało dynamiczne. Więc nie karp. Ciągnie pod barki. Z terkotem pracuje hamulec mojej "Finessy". Żyłka główna - Cortest Uniwersal 0,23, wytrzymałość 5 kg. Na przyponie 0,20 Strofta, wytrzymałość 4,20. Bardzo dobrze wyregulowany hamulec i paraboliczna akcja wędziska pozwalają nie tracić nadziei. Udaje się zatrzymać rybę pod pierwszymi pontonami. Znów muruje do dna. Odrywam ją, idzie powoli, po dziesięciu minutach udaje mi się podnieść ją ku powierzchni. Sumek, jak okaże się po kolejnych dziesięciu minutach, to trzyipółkilogramowy małolat.

Kanał Żerański to jedno z niewielu miejsc w Warszawie, gdzie można złowić smaczną rybę. Podniesiony dwa metry nad poziom Wisły, prowadzi wodę z Zalewu Zegrzyńskiego. Karaś i karp z Kanału smakują niczym ryby z Mazur, są nieledwie słodkie. Leszcz, pokryty obficie śluzem, jest także bardzo apetyczny. Sandacze i sumy to prawdziwe delikatesy. Dlatego też nad Kanałem spotyka się stałych, wiernych bywalców. Ci sami ludzie stają od strony PBW, ci sami od elektrociepłowni. Wzdłuż brzegu, aż do Warszawskiej Fabryki Tworzyw Sztucznych, też spotyka się tych samych ludzi. Metody połowu najrozmaitsze - króluje spławikówka i niczym nie uzasadniona gruntówka z ciężkim ołowiem dennym. Ale coraz częściej zauważa się na brzegach lekkie denki z najrozmaitszymi sygnalizatorami brań. Są drgające szczytówki, zdarza się swing tip, sporo jest wskaźników zawieszanych między przelotkami. Lekka gruntówka przynosi tutaj dużo lepsze wyniki niż tradycyjna denka z kilkunastodekagramowym ołowiem.

Spinningiści nie mają najlepszych efektów. Szczupak w Kanale nie jest zbyt częsty. Niepodzielnie króluje tutaj sandacz i boleń. Obie ryby rzadko dają się skusić przez sztuczne przynęty. Jeśli już, to na niewielki, prowadzony skokami wobler pływający lub wirówki wzbogaconą muszką na kotwiczce czy dozbrojoną glistowatym twisterem. Czasami na dużą wahadłówkę rzuci się pięciokilogramowy sum, na malutkiego rippera zdecyduje się okoń-patelniaczek.

Dużo lepsze efekty daje żywiec. Gdy woda za bardzo nie ciągnie - zdarza się bowiem, że Kanał rwie jak nizinna rzeka - stosuje się tutaj uklejową powierzchniówkę, skuteczną na bolenie, niektórzy wędkarze zakładają żywca na ciężkie denki. Na te ostatnie zdarza się i sandacz, i sum, ale połowa pobić kończy się zdjęciem żywca z haka za sprawą zbyt sztywnego i napiętego zestawu.

O wiele skuteczniejszy jest sumowy lub sandaczowy pater poster, nie pozwalający uklejce czy krąpikowi zalec na dnie. Pustych zacięć zdarza się niewiele - pater noster pozwala na kilkumetrowy luz na żyłce, a więc drapieżnik nie odczuwa oporu podczas połykania przynęty.

Ta ostatnia metoda pozwala też na sporadyczne złowienie rzadkiego w Kanale i Zalewie węgorza.

* * *

Kolejne łomotnięcie w raka. Paweł rzuca spławikówkę do wody, podbiega do denki i tnie, nie czekając na poprawkę. Wibrująca szczytówka informuje o broniącej się rybie. Nie jest zbyt duża, szybko słabnie. A więc sandacz. Po minucie w podbieraku ląduje wymiarowy, pasiasty drapieżnik. Jest już piąta, dnieje. Ryba się ruszyła.

W kilka minut później sąsiad z prawej zacina dwudziestocentymetrowego sandaczyka. Bardzo głęboko połknął hasającą na pater nosterze sześciocentymetrową uklejkę. Sąsiad, czerwieniąc się, pakuje rybkę do plecaka - hak nie dał się wyjąć za pomocą chirurgicznych kleszczy.

Drugiego sandacza sąsiad z prawej ma po kilkunastu minutach. Skończyły się ukleje i na hak powędrował dziesięciocentymetrowy krąp. Efektem zmiany przynęty na większą jest prawie trzykilowy sandacz.

Na kolejnego ślimaka połakomił się karp, z półtora kilo, na kaszę mam dwa leszcze i karasia. Spławikowcy też muszą się obudzić - raz po raz spławiki stają do pionu i idą w grunt. Leszcze, podleszczaki, czasem krąp czy karaś. Po drugiej stronie Kanału wrzask. Ktoś zjeżdża na tyłku po betonowej pochyłości. To podbierakowy. Na górze mocuje się z wędziskiem starszy jegomość. Rosyjski teleskop gnie się w "chińskie osiem". Ale wędkarz jest wytrawny - słychać terkot hamulca "Okieana" z metalową szpulą. Szykuje się na długi hol. Jak dowiem się później, facet łowił na przystawkę bez spławika, na żyłkę Siglon 0,22 i kaszę mannę.

Ryba idzie w bok. Trwa gorączkowe zwijanie gruntówek. Terkoce Hamulec. Stumetrowy odcinek Siglonu już w wodzie. To naprawdę dobry wędkarz - mocny węzeł zderzakowy łączy dwudziestkę dwójkę z gorzowską trzydziestką.

Hol trwa blisko dwie godziny. Po półtorej wiadomo, że to karp. Wiadomo też, że ryba nie wejdzie do żadnego podbieraka. Ktoś drugiego brzegu przybiega do nas. Zylber ma osękę.

Wreszcie karp na brzegu. W ruch idzie duża waga sprężynowa. czternaście kilo. Szczęśliwiec siedzi na betonie i ledwo dyszy. Spogląda na wymęczone dłonie. Drżą jak w delirium. Ręce będą go boleć dobry tydzień.

Jest siódma, na brzegu pojawili się "dziennicy", robi się coraz jaśniej. "Nocnicy" zaczynają się pakować. Niektórzy wprost znad urody pójdą do pracy. Przepływa policyjna motorówka. Będą sprawdzać karty wędkarskie. Jakiś młody chłopak prosi żebrzącym tonem:

- Pan ma jedną wędkę, niech pan powie, że moja to pańska, dobrze?

Jest zgoda, chłopak bez karty to też stały bywalec.

Wędziska nocnych Marków wędrują do pokrowców. Wypijane są resztki napojów, ktoś sprawia ryby. Rozpoczyna się poranna migracja wędkarzy. Uruchamiane są silniki maluchów i trabantów, napełniają się autobusowe przystanki. Nadchodzi druga zmiana - kiedy idę w stronę mostu Toruńskiego, mija mnie wędkarz za wędkarzem.

Na moście spotykam szczęśliwca z karpiem na agrafce. Jest dumny, nie kładzie go na chodniku, choć bydlę waży ponad czternastaka.

- Rzucałem tam, skąd słychać było cmokanie karpi - szepce do mnie konfidencjonalnie... Koniec tekstu!

 
Teksty Jacka Jóźwiaka za zgodą autora..
Copyright Muskie.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.