Strona główna Przewodnik po stronie Rejestracja i logowanie Nasza społeczność Terminarz Muskie.pl Pliki do zaladowania Noty prawne Pytania i odpowiedzi Wyszukaj w muskie.pl Adresy, nazwiska, kontakt
 
Wędkarstwo Podysdkutuj o wędkarstwie Galeria Fotograficzna dla wędkarzy Wędkarskie pamiętniki Sklep wędkarski Muskie Internet wędkarski
 
 
Rady dla nowicjuszy Wędkarstwo spławikowe Wędkarstwo gruntowe
Wędkarstwo spinningowe Wędkarstwo muchowe Wędkarstwo podlodowe
Ryby spokojnego żeru Ryby drapieżne Ryby krainy pstrąga
Przewodnik po łowiskach Porady taktyczne Fortele i tricki
Warszatat wędkarski Przynęty narozmaitsze Sprzęt i wyposażenie
Wędkarskie reportaże Publicystyka wędkarska Nasze próby literackie
Najnowsze informacje Impresy wędkarskie Strony reklamowe w Muskie.Pl
 
Niedźwiedzi kleń Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Autor: Jacek Jóźwiak   
O kilku dniach spędzonych na bieszczadzkim zaotryciu. San, pstrągi i niewiarygodnie wielki kleń, którego się nie dało w żaden sposób złowić. Wspaniały czas pełnego odpoczynku od kłopotów codziennego dnia. I o niedźwiedzicy z dwojgiem małych, która nas stamtąd wypłoszyła. Reportaże

Zawsze siadamy po lewej stronie autobusu. Na ustrzyckim dworcu wypracowujemy sobie strategiczną pozycję w tłumie czekającym na kurs do Zatwarnicy. I choćby w tym kierunku jechały trzy harcerskie drużyny, cztery studenckie grupy i dwieście bab z tobołami, to zawsze - choć nie zawsze fair - zdobywamy te miejsca.

Za krzyżówką w Smolniku przyklejamy się do szyby i wypatrujemy rzeki. To ważna sprawa, bytowa poniekąd - ten z gorszym wzrokiem będzie mył naczynia podczas całej wyprawy.

Więc najpierw konkurs, a potem i tak porykiwania, kiedy tylko San pokaże się w dole, kiedy łysknie spomiędzy bukowo-świerkowego lasu. Przegrywam tym razem i od Dwerniczka obmyślam jadłospis brudzący jak najmniej garów.

A potem stoimy na moście w Sękowcu, gapimy się na San i ryczymy na pełne gardziele. Jak rogate byki, które za półtora miesiąca zaczną się pojedynkować o łanie na polanach Otrytu.

Przed nami osiem kilometrów szosą wzdłuż rzeki. Do naszego przełomu dojdziemy pod wieczór. Zleziemy ku Sanowi łożyskiem potoku, który przed laty ochrzciliśmy Ślizgawą i w którym co roku moczymy i otłukujemy sobie tyłki. Innej drogi nigdy nie szukaliśmy - tradycja taka, by pierwszego wieczora nad ogniem wędziły się nasze portki.

Się wędzą, namiot rozbity, dołek na śmieci wygrzebany, flaki, dosmaczone świeżą szałwią i dzikim czosnkiem w kociołku, a my przy latarkach odprawiamy nasz wędkarski obrzęd. Mimo solennej obietnicy składanej sobie co roku, znów nie kupiliśmy muchówek i nie nauczyliśmy się rzutu rolującego. Przywieźliśmy za to najwspanialsze zestawy spinningowe. Paweł kocha swojego jigowego Silstara, ja szaleję za shimanowskim Dia Flashem. Paweł brzęczy i dzwoni obrotóweczkami i karlinkami, ja medytuję nad zestawem woblerków...

***

Obudziło nas Jakieś Duże Coś łażące po krzakach kruszyny powyżej naszego obozowiska. Pobaliśmy się przez kilka minut, zaryczeliśmy profilaktycznie, postukaliśmy łyżkami o aluminiowe garnuszki. Duże Coś odeszło nieśpiesznie.

Świtało. San szemrzył się i bulgotał. A my wzuwaliśmy wodery, połykaliśmy wczorajszą kawę, gryźliśmy kanapki z podróży. Brzask wstawał nad Hulskim, nad rzeką rwała się mgła...

Właziliśmy do rzeki z dreszczykiem podniecenia i lekkim porannym dygotem od chłodu. Dziś w górę, Paweł lewym brzegiem, ja prawym. Namiot pozostawiliśmy bez obaw - na tym bezludziu i bezszlaczu nigdy nam nic nie zginęło. Spotykaliśmy wyłącznie wędkarzy - a i to z rzadka, kilku na tydzień.

Początek wędrówki lepszy dla Pawła - San wbija się w gnejsową ścianę po jego stronie, pieni się i kręci, pomału wymywa w kamieniu półtorametrowe głęboczki, w których lubi warować pstrąg. Na maleńkie obrotóweczki bije kleń, z rzadka jakaś spragniona mięcha brzana. I oczywiście wszędobylski okoń zapędzający się tutaj z Jeziora Solińskiego.

Ale pierwszą rybę mam ja. W pierwszej dziesiątce rzutów. Obrzucałem każde spowolnienie za poprzecznymi progami tworzącymi tu "leżący grzebień". Woda miała tam około 80 cm głębokości. Liczyłem na pstrąga, a że miałem apetyt na dużego, dopiąłem do coramidowego przyponu siedmiocentymetrową strzeblę z wierzbowego drewna. Sprawdzała mi się od trzech sezonów.

Pobicie miałem w pół wody - chyba widziałem błysk łuski i w tym samym momencie ostre uderzenie o mały włos wyrwałoby mi kij z dłoni...

Kątem oka zauważam, jak Paweł kładzie swój spiner na wystającym z rzeki kamieniu i brnie w moim kierunku. Coś krzyczy, ale San zagłusza go skutecznie.

Jeśli to pstrąg - myślę - to cholernie wielki. Wędzisko gnie się w "chińskie osiem", terkoce szpula. Nie jestem specjalnie subtelnym wędkarzem i błogosławię w duchu tę moją przywarę. Ryba idzie w rynnę, gdzie najostrzejszy uciąg. A ja mam na kołowrotku kewlarowską dwudziestkę o ponadsześciokilowej wytrzymałości. Mogę sobie pozwolić na podkręcenie "draga".

Ryba nie dochodzi do rynny. Cieszę się, bo gdyby doszła, musiałbym biegać po całej rzece, a kamienie w pobliżu centralnego nurtu pokryte są jakimś zielonym, potwornie śliskim świństwem. O upadek nietrudno.

Kiedy po raz pierwszy wyskakuje nad powierzchnię, wiem już, że to trotka. Łowimy ją w Sanie niemal co roku - wbrew teoriom, ogólnej opinii, która troci pozwala wchodzić jedynie do rzek pomorskich. Jeśli uda mi się ją podebrać, znów będę się sprzeczał z Pawłem, czy to wędrowna, czy jeziorowa. Nie potrafimy tego rozstrzygnąć - nawet pod koniec sierpnia, gdy wkłada na siebie godową szatę, jest nieco inna od wzorców obu gatunków. Pocieszył nas zaprzyjaźniony ichtiolog, mówiąc coś o endemicie z Zalewu Solińskiego i jednak o jeziorówce. Gdyby to była "wędrowniczka", musielibyśmy ją wypuścić. Nie można jej przecież łowić w dorzeczu Wisły powyżej tamy włocławskiej.

Mam ją w podbieraku po dwudziestominutowych emocjach. Koło sześćdziesięciu centymetrów i trójki w kilogramach. Wychodzę na brzeg i sprawiam ją natychmiast, okładam pokrzywami i ładuję do kosza. Spod oka gapię się na Pawła, który pod drugim brzegiem wyżywa się na spinningu, machając nim jak na zawodach rzutowych na odległość.

Kiedy wieczorem zdzieramy z siebie zawilgocone wodery, Pawła nie zżera już zawiść. To mnie ona gryzie. Oprócz porannej trotki na moją przynętę połaszczyły się dwa niewymiarowe pstrągi, czterdziestocentymetrowy klonek i miniaturka okonia. Paweł miał pięć pstrągów, największego ponad kilo i kilogramową brzanę. Komplet regulaminowy. [tak było, w roku 1993 można było złowić i zabrać aż 5 pstrągów]

Klęczy teraz i odnawia naszą wędzarenkę - przez rok zawalił się tunel kominowy, popękała glina na wiklinowym koszu, pełniącym rolę beczki.

Ja pichcę - na bieżąco żongluję pstrągowymi (pstrążymi?) dzwonkami i filetuję trotkę. Solę obficie filety różową lizawkową solą, siekam dziki czosnek, kicham od muszkatołowej mączki. Jestem cały przegrany - ten, kto ma gorsze (wagowo) wyniki z pierwszego dnia, zostaje w obozowisku i wędzi. A to cały dzień do tyłu i siedemnaście godzin pilnowania ognia z bukowej świeżyzny.

***

Nazajutrz Paweł pogwizduje, szykując sprzęt, a ja ganiam po okolicy z toporkiem w poszukiwaniu wiatrołomów. Żegnamy się chłodno. Paweł znika w dole rzeki, ja próbuję rozpalić buczynowy ogień. Wkładam do beczkokosza filety z trotki zawinięte w miękką siatkę do grodzenia mrowisk, zawieszam trzy pstrągi i klenia. Ten ostatni jedynie w marynacie i po uwędzeniu bywa smaczny.

Już się dymi - wrzucam w palenisko polana, skrapiam je lekko wodą i bez przekonania sięgam po wędzisko. Trochę porzucam, choć dalej jak sto metrów nie wolno mi się oddalić.

Znajduję go pięćdziesiąt metrów poniżej. Dech mi zapiera, wyrywa się z ust paskudne przekleństwo. Z podziwu tak klnę...

Słońce ostro prześwietla toń, więc widać go doskonale. Stoi w wyrwie tuż pod brzegiem. Prąd ledwo ciągnie, kilka metrów powyżej wcina się w rzekę ostry granitowy rdzeń. Utrzymuje się w jednym miejscu leniwymi poruszeniami ogona i wachlowaniem cynobrowych płetw piersiowych. Kleń. Ma z siedemdziesiąt centymetrów i chyba z cztery kilo.

Wycofuję się na paluszkach. Zmieniam woblerka - zakładam czterocentymetrową, spłaszczoną grzbietobrzusznie żabkę. Na czworakach pełznę ku mojemu kleniowi. Pewny jestem, że go dostanę - na "żabulkę" łaszczyły się nawet wąskogębe jazie.

Rzucam lekko pod prąd - "żabulka" jest woblerem schodzącym bardzo płytko i gwałtownie wyskakującym na powierzchnię. Pierwszym razem przechodzi zbyt daleko od rybiego pyska. Nie wziąłem poprawki na prąd, który kilka metrów od brzegu rwie jak oszalały. Drugi rzut lepszy - żabka harcuje niecały metr przed oczami klenia. Nawet nie drgnął. Dopiero gdy woblerek przemknął kilka centymetrów od mordy, ryba poruszyła się.

Wypuściłem żabkę na powierzchnię, kleń ruszył szybciej, przyjrzał się spływającej, drżącej na wybranej żyłce przynęcie i wrócił na swoje miejsce. Po raz drugi nie zareagował, nawet po zmianie woblera.

Drażniłem go do wieczora. Ze wstydem sięgnąłem do Pawłowej skrzynki i wybrałem najbardziej owadzie obrotóweczki. Spokorniałem i zmieniłem szpulę na tę z osiemnastką. Tylko raz ryba poszła za blaszką - skusiła ją "efftzettka" z czarnym skrzydełkiem. Ale nie pobiła. Cwana bestia, irytujące bydlę, zimnokrwiste chamidło... Blaszki nie chciała, ale ku spływającym owadom podchodziła pewnie i zżerała je ze smakiem. Nakarmiłem ją nieźle - wyłapałem chyba wszystkie guniaki w okolicy.

A potem klnąc swoją słabą wolę, brak etyki, sukinsyństwo zdjąłem z blaszki najmniejszą kotwiczkę, nadziałem nań żuka i jak najpaskudniejszy kłusownik podrzuciłem mordercze narzędzie pod nos kleniowi. Podpłynął, pogapił się przez chwilę i spłynął ku środkowi rzeki.

Paweł wrócił z ostatnim słońcem. Miał komplet pstrągów. Pokazałem mu kleniową ostoję. Ryba wróciła. I stała spokojnie tuż nad dnem.

***

Przez kolejne trzy dni jeden z nas wyruszał w dół czy w górę Sanu, drugi zostawał w obozowisku, by wędzić rybki i polować na klenia. Czwartego poranka odwiedziła nas niedźwiedzica z dwojgiem pociesznych miśków. Z daleka przyglądała się namiotowi, mruczała coś do dzieciaków, a potem najzwyczajniej w świecie poszła i złapała naszego wielkiego klenia - rzuciła go małym po zgryzieniu głowy. A potem patrzyła, jak zwijamy się pośpiesznie i znikamy w jarze Ślizgawicy.

Niedźwiedź współgospodarzący na łowisku - nie, to ponad nasze siły. Zostało nam jeszcze trzy dni. Przejdziemy więc przełęczą między Połoniną a Szczyciskiem i odwiedzimy Sine Wiry na Potoku Wetlińskim. Koniec tekstu!

 
Teksty Jacka Jóźwiaka za zgodą autora..
Copyright Muskie.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.