Strona główna Przewodnik po stronie Rejestracja i logowanie Nasza społeczność Terminarz Muskie.pl Pliki do zaladowania Noty prawne Pytania i odpowiedzi Wyszukaj w muskie.pl Adresy, nazwiska, kontakt
 
Wędkarstwo Podysdkutuj o wędkarstwie Galeria Fotograficzna dla wędkarzy Wędkarskie pamiętniki Sklep wędkarski Muskie Internet wędkarski
 
 
Rady dla nowicjuszy Wędkarstwo spławikowe Wędkarstwo gruntowe
Wędkarstwo spinningowe Wędkarstwo muchowe Wędkarstwo podlodowe
Ryby spokojnego żeru Ryby drapieżne Ryby krainy pstrąga
Przewodnik po łowiskach Porady taktyczne Fortele i tricki
Warszatat wędkarski Przynęty narozmaitsze Sprzęt i wyposażenie
Wędkarskie reportaże Publicystyka wędkarska Nasze próby literackie
Najnowsze informacje Impresy wędkarskie Strony reklamowe w Muskie.Pl
 
Jesień pogranicza Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Autor: Jacek Jóźwiak   
O przepięknej wyprawie nad graniczny Bug i o łowach w pobliżu prawosławnego monastyru w Jabłecznej. Piękni miejscowi ludzie, piękna rzeka, pograniczny język i naturalne, odwieczne techniki wędkarskie. Wciąż skuteczne. Reportaże

W niektórych miejscach Bug da się przerzucić ciężką wahadłówką. Z polskiej strony do rzeki podchodzą porośnięte grubą trawą łąki. Pożółkły już, gdzieniegdzie podeszły wodą. Nie ma już czajek, na południe odleciały czaple, nie stychać klangoru żurawi.

Bezlistne olszyny zbite w kępy dają dziś nocleg nieprzebranym stadom gawronów. Krakanie zagłusza wszelkie odgłosy, dominuje nad światem o zmierzchu i o poranku. Miejscowi mawiają, że ptaki sejmują, nie mogąc się zdecydować, czy odlecieć na południe, czy pozostać tu, na Polesiu. Niektóre skierują się na śródziemnomorze, inne wybiorą jakąś inną okolicę do zimowania. Nadlecą też gawrony od Wikingów i osiądą na nadbużańskich łęgach na czas śniegów.

Hrehoruk prowadzi mnie ledwo widoczną ścieżką przy samej rzece. Zrzędzi na pogodę, wyrzeka na kolejne podwyżki w pekaesie. Był pozawczoraj w Białej Podlaskiej, haków kupił zapas, świeżej żyłki trzy motki, drutu na przelotki. I naraził się synowej: przez pół zimy wypominać będzie mu wydatki.

- I rybu swieżu jej nie przebłagasz. Weźmi ji, sprawi, ugotuji i ani sia nie zaśmieje, gęby nie wygładzi. Ot, zołza. A niechby ja na Wiliju szczuki nie ułowił, to udiczki mnie połamać gotowa... - Płynie gorycz z Iwana Hryhoruka jak ten Bug. Nie za szybko, choć i nie pomału, nie swobodnie, choć przecież nie z trudem wielkim.

- Nu, ale co babu wyrzekać, zołzi, zołzi, gamby rozpuszcza, ale akuratna jest do roboty, złotówek nie trwoni, o syna mojego i wnuki jak kwoczka zabiega. A i mi, staremu, kartoszki bez okrasy nie poda. Bywa, że i pietuszka zarżnie i rosołu nagotuji, kiedy mnie chłodnica opadnie i w lekkich mnie rzęzi.

- W lekkich? - Wyrywa mi się, nie zawsze nadążam za mową pogranicza.

- Ot, że ludzku nie rozumi - cieszy się Iwan - no o ta idzi, no te, no, płucy...

***

Na wrzynce przy Nowosiółkach spotykamy Skarucha. Hryhoruk spodziewał się go tutaj, więc mi o nim nagadał. Że rybaczok dobry, choć katolik, że sąsiad życzliwy, chociaż z lewa na prawo krzyżem się kreśli. A wnuczki obie za prawosławnych wydał i przed ślubem w cerkwi się nie wzbraniał.

- Pomieszane tutaj ludzie - tłumaczył - od zawsze, od pokoleń. I raz w pokoju żyć umieją, raz na wrogość idą wielką. Jak się swieszczenyki na paraiach zdarzą. Jeśli ksiądz i pop o miłości Boga myślą, to prawosławny z rzymskim z jednej miski jedzą, jeśli który wyższość wiary swojej pokazywać zechce, to naród się dzieli. I do oczu skacze.

Rzeka wcina się w brzeg jak wściekła. Przypływa z południowego wschodu, napiera na łąkę, kotłuje w opornej glinie i ucieka - znów ku południo-wschodowi. Na krótkim łuku, przez pięćdziesiąt, siedemdziesiąt metrów Bug wyżłobił głęboką rynnę, spowolniał. Kręci się niezdecydowanie, wiruje, zawraca. Bije pianę - jak mówi Skaruch. Bo kiedy rzeka zdecyduje się już i wraca z powrotem do łożyska, niesie na sobie płaty sztywnej piany...

- ...jak koń, co przez glinę głęboki pług taszczy, jak koń, co z wysiłku się spocił i spienił.

Skaruch ma już szczupaka, sporego nawet, koło trójki. Pod samą burtą jelca tyknął.

- O żywca trudno, dwie godziny ja po przemiałach chodził, zanim parę jelcy chwycił i kiełbia. A wy, Iwan, rybku na hak macie? Jak nie, to ja wam jelca dam.

- Nie treba mene rybu, ja wczera wiuny z Hannoho bereha wyrył.

***

No, pojechaliśmy wczoraj pekaesem aż za Sławatycze, do Hanny nad rzeczką Hanna. Poszliśmy w górę wyprostowanego przez meliorantów strumienia, klnąc na brak wyobraźni speców od osuszania. Ale rzeczułka nie dała się łatwo - wystarczy lekkie zaniedbanie i woda się pokrzywi, własną drogę znajdzie. U ujścia Komarówki natura wygrała z człowiekiem.

Iwan kucał nad strumieniem, rękę w burtę wkładał, czasem aż do łokcia w wodę. I macał, macał. A potem z chlebaka wyciągnął pamiętającą Stalina saperkę, wbił ją w brzeg i odłupał kawał darni. Wraził ręce w muł i wyrzucił na trawę kilka garści czarnej paćki. Kilka takich operacji i w litrowym stoiku "wężowiło się" kilkanaście larw minogów w różnych fazach rozwoju. Były takie po pięć centymetrów, ale trafiały się sztuki pod piętnaście. Coś tam bąkałem o ochronie, ale Polesiuk spojrzał na mnie jak na chorego na głowę...

Skaruch aż przysiadł.

- Dwadzieścia lat temu w każdym potoczku wiunów narył. A ja się sparł, to i Bugu się udało. Teraz to tajemnica tajemnic. I sztuka. Powieszże mi wreszcie, Iwan, gdzie ty wiuny ryjesz? Hanna długa aż za Mosty, Komarówka do Wisznic. Ja już brzeg tam zrył i żadnego wiuna nie wykopał.

- Powiem ci ja, jak do popa spowiadać się pojdzisz...

- I patrzaj pan - Skaruch wziął mnie na świadka - jaki zawzięty Rusin.

***

Poprzedniego wieczora Iwan zaprowadził mnie do letniej kuchni. "Ot, moje carstwo!" - oznajmił. Nieduża izba zawalona była patyczkami, wikliną, wiązkami leszczyny, witkami jałowca. Pod samym piecem suszyły się odłupy topolowej kory. W centrum pomieszczenia tkwiła tokarenka napędzana pedałem. To na niej z twardego akacjowego drewna toczył Hrehoruk słynne na pół Polesia katuchy. Szpula drewnianego kołowrotka miała dwadzieścia centymetrów średnicy, była niezbyt głęboka. Podobno jej wykonanie - a więc wytoczenie, oszlifowanie kilkoma rodzajami papieru ściernego, pokostowanie, impregnowanie, wypalanie panewki - zajmowało Iwanowi pół zimy. Ale jego katuchy można spotkać u starych bużańskich wędkarzy od Wtodawy po Drohiczyn. Niektóre mają po trzydzieści lat i nadal dobrze służą.

Nóżkę, terkotkę, dociskowy hamulec Hryhoruk wycina i ręcznie profiluje z grubej, mosiężnej blachy.

- Prawilna katucha musi sia kręcić, gdy prąd nie za mocny niewielki pławik ciągnie. Dobry hamulczyk trochę tylko kręcenie hamuji, tak by ryba oporu nie czuła i haka nie wyplewała. A jak terkotku wciśniesz, to zaciąć sama sia powinna.

Wędziska też Iwan wykonuje samodzielnie. Dolnik z czarnego bzu, środek z leszczyny, a szczytówka z gotowanego w oleju lnianym jałowca. Skuwki mosiężne, nasadzane na gorąco, przelotki z drutu od dentysty, uchwyt do katuchy z ogrodowego węża. Wypraktykowana długość - nieco ponad trzy i pół metra. To dla "udiłek" na dużą rybę. Wędziska przepływankowe i przystawkowe Hrehoruk robi delikatniej - dwa składy: dolnik z czarnego bzu, szczytnik z przypalanego bambusa. Kiedy byto jeszcze można, Iwan kupił ze dwadzieścia bambusowych szczytówek, wykąpał je w oleju i owinąwszy w natłuszczone szmaty powiesił u powały. U Skarucha już inaczej - nawet teleskop ze szkliwa się znajdzie.

Teraz, nad wodą, przymierza moje teleskopy do dłoni, szarpnięciami bada ich sprężystość. I głową kiwa. Cóż, lekkie są, ale dla jego przyzwyczajeń zbyt lekkie. Sprężystość dobra, ale dla jego przyzwyczajeń zbyt duża.

- Na rybałce przyzwyczajenie najważniejsze. Rąk nie przerobisz, jak pięćdziesiąt lat czarny bez trzymały czy leszczynę, to już plastików nie pojmą, palce do zwykłej katuchy przywykły i w tej pokręconej, nowoczesnej się pogubią. Ryba sia broni, podstępów używa, to swój sprzęt trzeba mieć, by rozumnie z nią siłować sia. O rybie sia myśli, gdy sia z nią siłuje, o udiłce i katuszce pamiętać nie wolno. One z rękami i rozumem rybaka muszą być zrośnięte. Jak koń i wóz z woźnicą, jak koń i pług z oraczem. Narzędzie dla człowieka jest i jak prawdziwie jego ono będzie, tak i za niego czasem robotę zrobi. Nowinki dla młodych ludzi...

Na haku pęczek wiunów, hak przytroczony do stalowej struny. Czterometrowy grunt, topolowy spławik w kształcie cygara. Iwan mówi o takich spławikach "churchile". Nie żadne "czerczile", broń Boże, a zwyczajne, przez "ceha".

Siedzimy nad wędkami, zamilkło się nam. Bug szemrze, kipieli się pod nogami. Trzeszczy ognisko. Ciemnieje - przygnało z zachodu ołowiane chmurzyska.

Skaruch wyciąga kolejnego szczupaczka. Nie ma wymiaru, ale cicho siedzę, to przecież oni pokazują mi swój świat. Skaruch ogląda rybę, spluwa jej na głowę i wypuszcza.

- Howory diedu, szczo siudy wkusny jelczik hasa.

- Powiedz dziadkowi, że tutaj bawi się smaczny jelec - tłumaczę pod nosem. Skaruch po polsku z ludźmi gada, po polsku się modli, ale kiedy przychodzi mówić do stworzenia, przechodzi na język pogranicza. Ni to białoruski, ni ukraiński. O tym języku pogadamy na pożegnanie.

- Po rusku się do konia mówi, gdy ziemię się obrabia. Bo ta ziemia ruski język słyszała od zawsze. Polszczyzna po dworach, po miastach, po kościołach. Tak i z koniem, krową, kurą i z dzikim stworzeniem po rusku lepiej gadać. Ot, i usio, treba rozumity.

- Iwan, pławka sia tobi utopliła! - Skaruch trąca Hryhoruka.

- Wiżu, wiżu. Chwiłoczku wyderżu i dam szczuku w mordu. Da nech wiuny w horło jemu pojdut...

Ale Iwan tego szczupaka nie zatnie. Od monastyru w Jabłecznej perezwonem odezwała się sygnaturka. Stary odwrócił się od rzeki, Bogu pokłonił i kilkakrotnie przeżegnał, pokornie schylając głowę. Zatrzęsło wędziskiem. Chciałem je podnieść. Skaruch przytrzymał mnie za rękaw.

- Uszanuj - mruknął.

***

W ciągu kilku dni Hryhoruk ze Skaruchem złowili na moich oczach kilkanaście szczupaków. Na sprzęt, którego współczesny wędkarz nie wziąłby do ręki. Przez pierwszy dzień nie miałem nawet pobicia podczas pracowitego spinningowania. Drugiego dnia byłoby podobnie, gdyby nie to, że obydwaj starcy przerwali nabijanie się z moich umiejętności i dokładnie, niemal palcem na wodzie, pokazali mi, jak mam prowadzić przynętę. Bliżej tego krzaka, bardziej do brzegu, bliżej dna, szybciej, wolniej. Efektem tego było kilka niedużych szczupaczków. Koniec tekstu!

 
Teksty Jacka Jóźwiaka za zgodą autora..
Copyright Muskie.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.