Strona główna Przewodnik po stronie Rejestracja i logowanie Nasza społeczność Terminarz Muskie.pl Pliki do zaladowania Noty prawne Pytania i odpowiedzi Wyszukaj w muskie.pl Adresy, nazwiska, kontakt
 
Wędkarstwo Podysdkutuj o wędkarstwie Galeria Fotograficzna dla wędkarzy Wędkarskie pamiętniki Sklep wędkarski Muskie Internet wędkarski
 
 
Rady dla nowicjuszy Wędkarstwo spławikowe Wędkarstwo gruntowe
Wędkarstwo spinningowe Wędkarstwo muchowe Wędkarstwo podlodowe
Ryby spokojnego żeru Ryby drapieżne Ryby krainy pstrąga
Przewodnik po łowiskach Porady taktyczne Fortele i tricki
Warszatat wędkarski Przynęty narozmaitsze Sprzęt i wyposażenie
Wędkarskie reportaże Publicystyka wędkarska Nasze próby literackie
Najnowsze informacje Impresy wędkarskie Strony reklamowe w Muskie.Pl
 
Ciepłownicy Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Autor: Jacek Jóźwiak   
O zimowych wędkowaniu w strefie zrzutu ciepłej wody z Elektrociepłowni Żerań. Tam nawet w największe mrozy mozna spotkać wędkarzy i... ryby. Duże ryby zresztą. Reportaże

Marzną. Chuchają w dłonie, podskakują. Opatulili się, czym kto mógł. Fufajki, półkożuszki, kombinezony narciarskie. Uszate czapki, gumofilce, grube rękawice. A i tak chłód doskwiera. Mróz nie jest trzaskający, ale tu, w żerańskim porcie, wilgoć przeciśnie się przez każde ubranie.

W głębi portu, ku śluzie, lód gruby na łopatkę świdra, za mostem kanał stanął. Tylko od strony elektrociepłowni płynie tropikalna rzeka wody, którą chłodzi się instalacje. Paruje na potęgę.

Przychodzą tu co roku - kanały zrzutowe wszystkich elektrowni oblegane są w każdą zimę przez wędkarzy zwanych ciepłownikani. To nieliczne miejsca, gdzie żerują ryby. Woda ze zrzutu ma kilkanaście stopni, spadając ze stopnia wyryła głęboką rynnę. Pełno w niej ryb.

Ciepłownicy przygotowują się do zimowego sezonu od września. Zbierają czerwoniutkie kompostowe robaki, przygotowują po piwnicach drewniane skrzynie z ziemią i butwiejącymi liśćmi. W listopadzie zmieniają żyłki - z kanałowych siedemdziesiątek na czterdziestki, a nawet trzydziestkipiątki. Biegają po sklepach w poszukiwaniu dużych, ale cienkich haków - tak by można było nawlec na kolanko trzydzieści, czterdzieści ochotek.

fot.jaj
Zimowy świt przy EC Żerań

Irytują się, kiedy próbuje się z nimi rozmawiać o etyce. Przecież nie kłusują. A ryby, choć w kanałach zrzutowych zbierają się ich tysiące, wcale nie są tak chętne do pobierania pokarmu. Łowienie w ciepłowniczej rzeczce wśród lodów jest ich zdaniem majstersztykiem. Wymaga specjalnych zimowych zanęt, specjalnego podawania przynęty.

W telewizorkach i koszyczkach zanętowych z drobnymi otworami wymyślne mikstury. Do tartej bułki, gotowanej z tłuszczem kaszki kukurydzianej i manny, dodane "zwierzęce" smaczki. A to suszona krew, a to wygniecione larwy ochotki, a to suszone dafnie ze sklepu akwarystycznego. Są tacy, co pracowicie zeskrobali po ćwierć kilo świeżej wołowiny i takim "tatarem" napełniają telewizorki, inni smarują siatki koszyczków smalcem ze skwarkami, najbardziej podstępni przyrządzili przynętowe galaretki z rozmaitymi "smaczkami". Te galaretki to ostatni krzyk wędkarskiej zimowej mody - wabią rozpuszczając się powoli w ciepłej wodzie, a ryb nie karmią.

Rozpalili ognisko, ktoś poszedł na górę; przyniesie z bagażnika koszyk z węglowymi brykietami. Będzie gdzie grzać dłonie.

Puk, puk, puk

Na ciężkie gruntówy łowi tylko dwóch najbardziej zagorzałych konserwatystów. Pozostali nie wróżą im dobrych efektów. Mimo że woda ciepła niczym w lato, to ryby wiedzą, jaka teraz pora roku. Biorą szalenie delikatnie, sporadycznie zacinają się same. Na brzegu więc istny przegląd wskaźników brań - są podwieszane bombki, jest sygnalizator elektroniczny, są dwie wędki z drgającymi szczytówkami. I chyba quiver tipy najatrakcyjniej pokazują kontakt ryby z przynętą. Najpierw kilka delikatnych puknięć, potem lekkie przygięcie i szczytówka wpada w regularne konwulsje.

- Ssie, cholera - właściciel DAM-owskiego winkelpickera pochyla się nad rękojeścią. Dużo dzisiaj pustych zacięć, więc facet skoncentrowany "na sztywno". Szczytówka prostuje się gwałtownie. Płynne podcięcie. Siedzi. Coś sporego. Któryś z wędkarzy zjeżdża z podbierakiem po oblodzonym betonie. Leszczysko, ze dwa kilo. Latem takie leszcze rzadko łykają haczyki. Zimą to częsta zdobycz ciepłowników.

Ryba broni się wspaniale, ale po wędkarzu widać, że to stały bywalec żerańskiego portu. Prowadzi rybę w pobliże pokrywy lodowej, trzyma ją przez moment w zimnej wodzie, a potem - już spokojną, zszokowaną różnicą temperatur - wprowadza do podbieraka.

Ktoś szpetnie zaklął. Zafascynowany leszczem przegapił branie na podwieszanej bombce. Aż podjechała pod kij. Kucnął przy wędzisku z nadzieją, że branie się powtórzy. Na haku dwa kompościaki, które przez noc wycierały się w fusach z kawy z dodatkiem oleju. Ruchliwe są i nie urywają się tak łatwo.

Jest - bombka wpada w drgawki i znów raptownie wędruje pod kij. Wiadomo, że to ani leszcz, ani duża płoć. Krótkie, ostre zacięcie. Siedzi. To rzadkość, by w tak krótkim odstępie czasu wzięła ryba za rybą. Tym bardziej że któryś z wędkarzy z piskiem runął ku swojej wędce.

Na robale skusił się potężny karaś srebrzysty. Wędkarz jest jednak zbyt nerwowy - prowadzi go na sztywno po powierzchni wody. Ryba kotłuje się, robi fikołki w powietrzu. Wędzisko jest wybitnie sztywne, karpiowe - więc jeszcze jeden fikołek i karaś spina się. Jęk zawodu. I żartobliwe komentarze. "W Polsce nie ma latających ryb, trzymał ją krótko, jak żonę, zesztywniał na mrozie..."

Bu-buch

Ktoś wyciąga piętnastocentymetrową płotkę. Budzi to entuzjazm "ciężkiego gruntowca". Zwija zestaw, zmienia hak i zaczepia wyłudzoną rybkę za obie wargi. Ciężarek wędruje jak najbliżej przepompowni, w najcieplejszą wodę. Tym razem wędkarz nie ściąga żyłki na sztywno - wchodzi ona do wody "żaglem", kilkumetrowym zwisem.

Żywiec uruchamia wspomnienia - opowiadają o kilkunastokilogramowych zimowych sumach, potężnych sandaczach. Ktoś przypomina sobie mięsożernego karpia, ktoś mówi o miętusach uganiających się za rybkami na skraju ciepłej i zimnej wody.

Znów branie na pickerze - w podbieraku ląduje siedemdziesięciodekowy karpik. Duża frajda podczas holu. Cienkie "gamakatsu" opatulone ochotkami nadaje się do wyrzucenia - hak odgiął się znacznie, jednak karp to silna ryba.

Branie na ciężkiej gruntówce. Hol na czterdziestce bez przyponu pewny i brutalny. Na haku niewymiarowy sumek. "Zdobywca" rozgląda się niepewnie, mówi coś o głębokim połyku, odcina żyłkę i ładuje malucha do plecaka.

Nikt się nim nie zajmuje. Wszyscy wrzeszczą. W wędkę z żywcem coś wali. Raz po raz. Żyłka wyprostowana. Jedzie w prawo. Po każdym uderzeniu słychać terkotkę hamulca. Właściciel grubaśnej bambusówy tnie szeroko i natychmiast zwalnia hamulec odrapanego "Prexera". Ryba idzie przy dnie - kołuje w ciepłowniczym strumieniu. Pozostali ściągają zestawy. W porę - drapieżnik idzie na sztywno w stronę mostu. Dziesięć metrów, dwadzieścia, trzydzieści. Wchodzi pod lód. Wędkarz zjeżdża na tyłku nad samą wodę, zapiera się obcasami o kamienie. Próbuje przytrzymać rybę na siedząco - otoczaki są oblodzone, hol na stojąco skończyłby się niechybnie w wodzie.

Po pięćdziesięciu metrach ryba staje. Po kilku minutach pozwala się zawrócić. Ale od dna trudno ją oderwać - po wędzisku widać, jak wali łbem w kierunku dna. Ktoś pędzi na górę po hak lądowniczy, ślizga się na schodach, przewraca, klnie. A potem zjeżdża do walczącego z rybą kolegi.

Po kwadransie na brzegu ląduje sześcio, siedmiokilogramowy sum. Podają im rękojeść podbieraka - trudno wejść na górę po oblodzonym betonie...

A potem gromadzą się wokół ryby, mruczą i stękają z podziwu, ktoś przezbraja zestaw i zakłada na hak filecik wyrżnięty z leszczowego ogona. Jeszcze godzina dnia, mróz tężeje, woda paruje coraz bardziej - zupełnie jakby wszystkie ryby w gorącym strumieniu zapaliły papierosa.

Przejmujący ziąb. Ciepłownicy zbijają się w gromadkę przy dogasających brykietach. Tylko wzrok pozostał przy wędkach. Koniec tekstu!

 
Teksty Jacka Jóźwiaka za zgodą autora..
Copyright Muskie.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.