Strona główna Przewodnik po stronie Rejestracja i logowanie Nasza społeczność Terminarz Muskie.pl Pliki do zaladowania Noty prawne Pytania i odpowiedzi Wyszukaj w muskie.pl Adresy, nazwiska, kontakt
 
Wędkarstwo Podysdkutuj o wędkarstwie Galeria Fotograficzna dla wędkarzy Wędkarskie pamiętniki Sklep wędkarski Muskie Internet wędkarski
 
 
Rady dla nowicjuszy Wędkarstwo spławikowe Wędkarstwo gruntowe
Wędkarstwo spinningowe Wędkarstwo muchowe Wędkarstwo podlodowe
Ryby spokojnego żeru Ryby drapieżne Ryby krainy pstrąga
Przewodnik po łowiskach Porady taktyczne Fortele i tricki
Warszatat wędkarski Przynęty narozmaitsze Sprzęt i wyposażenie
Wędkarskie reportaże Publicystyka wędkarska Nasze próby literackie
Najnowsze informacje Impresy wędkarskie Strony reklamowe w Muskie.Pl
 
Marketing przerywany Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Autor: Jacek Jóźwiak   
Artykuł o wciąż fatalnym stanie i braku profesjonalizmu w większości polskich firm zajmujących się produkcją oraz dystrybucją sprzętu wędkarskiego. czyli o gównozjadztwie całej branży wedkarskiej. Wędkarska publicystyka

Zwyczajna u nas sprawa... Wędkarz chce się dowiedzieć, co znajdzie się w ofercie jego ulubionej firmy w nadchodzącym sezonie. Firma jest duża, znana na światowym rynku. Walczy o klienta. Na całym świecie. Ale nie u nas. W Ameryce, w Europie Zachodniej, ba, w Rosji i na Ukrainie otrzymanie katalogów nie jest problemem. Już na jesieni najwięksi dealerzy postarali się o właściwą wersję jezykową.

Ten tekst napisałem po ostatnich warszawskich targach wędkarskich... Kiedy to było? Ano wówczas, kiedy w sieci zaczynało działać dopiero "Rybie Oko" i nikomu się nie śniło, że Polska będzie wędkarską wirtualną potęgą. Lat minęło od tamtej pory - hu-hu, sporo. A czy cośkolwiek się zmieniło? Zapraszam do lektury tekstu w rzeczy samej historycznego. Ale czy tylko historycznego?

U nas niewiele firm handlujących sprzętem wędkarskim porywa się na przygotowanie polskiej wersji katalogów. A nawet jeśli, to jej zdobycie bywa niezwykle trudne. Ich brak jest ewidentny nawet targach wędkarskich, gdziekolwiek i jeśli dochodziłyby one do skutku. I nie wynika to z tego, że krajowych potentatów nie stać na wydrukowanie większej ilości tego typu wydawnictw, lecz z tego, że wielu firmom wcale nie zależy na tym, by polscy wędkarze wiedzieli o pełnej ofercie producentów, których są przedstawicielami.

Wiedza o pełnej ofercie przeszkadza polskim handlowcom. Oznacza bowiem zwiększenie - a przede wszystkim sprecyzowanie - wymagań, jakie klienci stawiać będą przed kupcami. Śmiem postawić tezę, że konkretyzacja oczekiwań jest wrogiem numer jeden polskiego stylu handlowania sprzętem wędkarskim.

Mimo że od otwarcia się naszego rynku minęło ponad 10 lat, to poziom usług świadczonych przez importerów nadal tkwi korzeniami

w epoce bazaru

na warszawskiej "Skrze". Odnoszę wręcz wrażenie, że na przestrzeni ostatnich lat nastąpił regres, cofnięcie się do stylistyki handlu ery socjalizmu. Obowiązuje zasada: handlować tym, co się ma akurat na składzie, nie zaś tym, czego mogliby oczekiwać potencjalni nabywcy.

Tezę tę jestem w stanie udowodnić obserwacjami wyniesionymi chociażby z krótkiej i pokrętnej historii Targów Wędkarskich oraz poprzeć refleksjami z częstych wizyt w hurtowniach i sklepach na przestrzeni ostatnich kilku lat. Jeśli doda się do tego sygnały, jakie docierają do redakcji w listach od czytelników, to okazuje się, że zamiast rozwoju branży wędkarskiej, mamy do czynienia ze stopniowym jej upadkiem.

Jeszcze pięć, sześć lat temu targowe ekspozycje dużych firm importerskich rzucały detalistów i publiczność na kolana. Pełno było w stoiskach produktów o ustalonej renomie, prezentowano kompletną ofertę na nadchodzący sezon, szastano się katalogami, przygotowywano całą masę promocyjnych gadżetów, z których cieszyli się zwiedzający i które potem można było zobaczyć w sklepach. Naklejki, nalepki, breloki, ulotki, foldery... Ot,

wystawiennicza normalność.

Tę normalność podkreślały także atrakcyjne pomysły na urządzenie stoisk. Obowiązywał europejski standard - zaskoczyć wszystkich, zaszokować, przyciągnąć. Publiczność była szczęśliwa - w najlepiej zorganizowanych panelach targowych można było wziąć do ręki najnowszy kołowrotek, zrobić kilka wymachów kontrolnych wędziskiem za straszne pieniądze. Istotne także było to, że targi stanowiły wspaniałe forum wymiany doświadczeń, informacji, a także miejsce, w którym można było uzupełnić swoją wiedzę. Ściągała tu cała Polska!

Na stoiskach spotkać można było nie tylko śliczne blondynki, ale przede wszystkim znawców przedmiotu. Wydawało się w pewnym momencie, że wędkarski rynek zmierza ku Europie szybciej od kolejnych rządów. Pojawili się testerzy sprzętu o dużych nazwiskach, którzy swoim dorobkiem na wędkarskim polu gwarantowali dobrą jakość prezentowanego sprzętu.

Ale nie tylko odświętne targi świadczyły o unowocześnianiu się branży. W hurtowniach dawało się kupić i obejrzeć wszystko, co pokazywano na wystawie. Handlowcy zresztą bardzo głośno podkreślali fakt, że rzeczy nieobecne w hurtowni będą w stanie sprowadzić w krótkim terminie. I był - bodaj jeden sezon - że u większości importerów można było indywidualnie zamówić niemal każdą pozycję katalogową. Europa, Ameryka, Zachód... Promocja, marketing, socjotechnika, reklama, sztuka handlowania... Konkurowano nie tylko o pieniądze, starano się także powalczyć o dobre imię, o renomę.

Tyle że ta walka na krótki dystans okazała się mało opłacalna finansowo, wymagała nakładów, wiele pracy. Tak to jest w kapitalizmie, że osiągnięcie wyższego pułapu kosztuje. Ten wyższy pułap nazywa się kreowaniem rynku. Kreowanie rynku polega na stosowaniu technik promocyjnych mających w rezultacie przynieść zwiększenie zainteresowania klientów lepszym i droższym towarem oraz przywiązać nabywcę do konkretnej firmy. Jednak, by na wyższy pułap przejść, trzeba

myśleć nowocześnie

- w kategoriach długodystansowych, w perspektywie wieloletniej. Należy więc założyć, że sprzęt wędkarski jest sprawą na całe życie. A może nawet na życie dzieci i wnuków.

Takie myślenie pomniejsza jednak zysk tu i teraz. A zysk tu i teraz generowany jest - jak mawiają biznesmeni - przez chłamowatą masówkę, na którą trwa tzw. wieczny popyt. Wędrówki po hurtowniach, nawet w pełni sezonu, przekonały mnie, że niemal wszyscy nastawili się na wędkarskie kartofle i razowiec. Asortyment był przaśny - i te trzy słowa są najkrótszą recenzją polskiego rynku wędkarskiego.

Rozmowy, jakie wiodłem z importerskimi tuzami, dowiodły, że o kreowaniu rynku nie myśli się zupełnie. Wszyscy jak jeden mąż przyznawali się do porażki, jaką ponieśli z rąk... detalistów. To właśnie te sklepy i sklepiki osiedlowe, te budy w rozmaitych Pipidówach - tak mawiano - spowodowały wycofanie się dobrze rokujących przedsiębiorców na pozycje handlarzy warzywami. "Detaliści kupują tylko masówkę - rozpaczano w biurach i w hurtowniach - żądają od nas wyłącznie chłamu, nie chcą handlować drogim towarem...".

Po co więc wędkarskie masy mają znać światowe trendy, po co mają wiedzieć, jakie nowości przygotowali potentaci na nadchodzący sezon. To margines rynku, to się nie kalkuluje, nie przelicza, nie opłaca.

Na ostatnich targach (kurde, kiedy to było, może ktoś mi przypomni...) odnosiłem wrażenie, że importerzy postanowili (były nieliczne wyjątki, ale oferowały jakieś elektroniczne bajery, japońskie silniki, czy inne dziwactwa) nałożyć

embargo na wiedzę

o produktach firm, jakie reprezentują na polskim rynku. Kilka wielkich przedsiębiorstw w ogóle zlekceważyło imprezę, co świadczy o socjalistycznej w stylu arogancji oraz o niesnaskach w środowisku - nie mających precendensu w światowym biznesie - i zatrzymało się na etapie gazetowej reklamy typu "to je dobre, pane Havranek ".

Na targach najwięcej było młodzieży, nawet takiej, która przyjechała z najodleglejszych zakątków Polski. Poczuła się - zacytuję - totalnie olana. To właśnie ci młodzi ludzie przysyłają do redakcji pism wędkarskich listy, w których żalą się, że nie mogą nigdzie, nawet u wyłącznych importerów, kupić wędki wypatrzonej w katalogach czy na internetowych stronach zachodnich dealerów. Kierowani są do tych paru sklepów, których właściciele zrewanżowali się importowym tuzom podobnym "olaniem" i sprowadzają sprzęt firm przez nich reprezentowanych bezpośrednio z prawdziwej Europy. Młodzież też daje sobie radę, zdobywając wymarzone wędki i wędkarskie untensylia via własny modem.

Upadek dobrych obyczajów widać było na większości stoisk - wyjątkiem od lat jest Andrzej Podeszwa oraz starannie przygotowujące materiały reklamowe "Salmo" (ale kwestia producentów to problem na zupełnie inny tekst) - prezentowano głównie to, co dawało się kupić na Zachodzie za grosze i całymi kontenerami. Nie daj Boże, by następna impreza targowa, o ile w ogóle się odbędzie - Pro Fishing & Sport zbył Targi firmie, która organizuje wodniackie wystawy na warszawskim AWF - miała taki sam charakter.

Abstrahując od tego, że przyczepienie wędkarstwa do targów o innym charakterze znacznie pomniejszy ich rangę, to, obawiam się, charakter marketingowej bylejakości pozostanie. Wystarczy uważnie śledzić wędkarską prasę. Na stronach poświęconych sprzętowi pisuje się albo o rarytasach produkowanych przez firmy, których na naszym rynku nikt nie reprezentuje albo o wyrobach, których kontener właśnie wpływa na Bałtyk.

Na polskim rynku wędkarskim trwa rzecz wielce stresująca i nieprzyjemna - ogromna większość importerów uprawia z klientami stosu... tfu, marketing przerywany...  Koniec

 
Teksty Jacka Jóźwiaka za zgodą autora..
Copyright Muskie.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.