Strona główna Przewodnik po stronie Rejestracja i logowanie Nasza społeczność Terminarz Muskie.pl Pliki do zaladowania Noty prawne Pytania i odpowiedzi Wyszukaj w muskie.pl Adresy, nazwiska, kontakt
 
Wędkarstwo Podysdkutuj o wędkarstwie Galeria Fotograficzna dla wędkarzy Wędkarskie pamiętniki Sklep wędkarski Muskie Internet wędkarski
 
 
Rady dla nowicjuszy Wędkarstwo spławikowe Wędkarstwo gruntowe
Wędkarstwo spinningowe Wędkarstwo muchowe Wędkarstwo podlodowe
Ryby spokojnego żeru Ryby drapieżne Ryby krainy pstrąga
Przewodnik po łowiskach Porady taktyczne Fortele i tricki
Warszatat wędkarski Przynęty narozmaitsze Sprzęt i wyposażenie
Wędkarskie reportaże Publicystyka wędkarska Nasze próby literackie
Najnowsze informacje Impresy wędkarskie Strony reklamowe w Muskie.Pl
 
Jakeśmy z Szymańskim sumów bronili Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Autor: Jacek Jóźwiak   
O tym jak z Markiem Szymańskim - w czasach, kiedy razem prowadziliśmy Świat Spinningu" - wywalczyliśmy obręb ochronny dla sumów w pobliżu mostu w Zegrzu. Co, jak, do kogo uderzyć... Tekst wart spojrzenia, bo można rzecz powtórzyć choćby i dzisiaj. Wędkarska publicystyka

Rzecz cała już dawno się stała. Zastanawiałem się jednak, czy gdzieś się powtórzyć nie może. Jestem przekonany, że przy odpowiedniej determinacji można spróbować jeszcze niejeden raz. Jestem także pewien, że medium i środowiskiem walczącym o obręby ochronne mogą być nawet "ci z internetu"...

Numer pierwszy Świata Spinningu ukazał się 1 styczniu 97 roku. Redakcja jednak działała wcześniej - trzeba było gazetę wymyślić, pozyskać autorów, a przede wszystkim - to wcale nie cynizm, to propagandowy warsztat pracy - stworzyć dobry i doprowadzony do końca FAKT PRASOWY... Trochę starania, tochę użerania i mogliśmy wystartować gazetę od udanej oraz spektakularnej batalii. Od jakiegoś czasu mam wielką chęć przypomnieć tamto wydarzenie. Czynię to dzisiaj, choć tak właściwie to sam nie wiem po co...

Ubojnia pod mostem - cz. I batalii

Już w październiku w pobliżu mostu w Zegrzu, na podwarszawskim Zalewie Zegrzyńskim, zaczyna się trwająca do wiosny jatka sumów. Co roku za bok, za ogon, za brzuch wyjmuje się z zimowiska kilka setek (sic!) tych wspaniałych ryb. Straż rybacka i policja są bezradne - żadne prawo nie zabrania podczepiania ryb regulaminowym sprzętem. Nikt nie chce przypomnieć sobie przepisu, który nakazuje wędkarzowi opuścić nieoznaczone zimowisko ryb.

Sygnały o rzeźni pod mostem trafiają do związkowych władz od kilku co najmniej lat. Pisze o tym wędkarska prasa. I nic w sprawie się nie dzieje. Ot, smutne realia rzeczywistości, masło maślane, tautologia, kiszka kaszana...

A rzeczywistość nie skrzeczy, ryby bowiem głosu nie mają. Mają za to mózg, komórki czuciowe. Wiedzą co to ból, strach i umieranie. Ich naczynia wypełnione są krwią, czerwoną zresztą. Do pierwszych lodów krew ta zasycha na podłogach łodzi, które od rana do zmierzchu stoją na skraju kilkunastometrowego dołu od początku zalewu gromadzącego zimujące sumy z całej okolicy. Kiedy jezioro stanie, krew zamarza - obok wykuwanych siekierami, potężnych przerębli czerwienią się plamy. Jak gdyby na tym lodzie, na tym śniegu zarzynano codzień stado owiec.

Agresywne jigowanie

Zimowisko ma kilkanaście arów powierzchni. Głębokie jest na dziesięć, piętnaście metrów. Jesienią można je "obłowić" jedynie z łodzi. Przypływają tutaj szczęśliwi posiadacze łódek zacumowanych na Zalewie, przyjeżdżają ci, którzy mogą maleńkie jednostki pływające umocować na dachach samochodów. Nawet właściciele większych pontonów są w stanie pokusić się o "łowienie" wielkich ryb w listopadzie i w grudniu.

Słyszy się potem na wędkarskiej giełdzie, że sumy gryzły ostro. Jest w narodzie jeszcze trochę wstydu, więc mało komu przechodzi przez gardło przyznanie się do prawdy. Że na dołek w Zegrzu jeździ się sumy podczepiać. Można więc usłyszeć od niezłych skądinąd wędkarzy, że sumy tak zawzięcie zażerały twistery, że aż im skrzelami wychodziło. Tak się akurat składa, że jig obijający się o oślizłe cielsko często wbija się w miękkie partie brzucha tuż za głową. Seledynek czy biel gumowej przynęty jawi się, niczym "wypluta" skrzelami ozdoba.

Czy sum z jigiem wbitym w dolne partie ogona żarł tak agresywnie, że przynęta przeszła przez cały przewód pokarmowy? Brzmi to jeszcze bardziej niesamowicie, prawda? Otóż sumy w dole przy zegrzyńskim moście biorą późną jesienią tak ostro, że z mety wysrywają przynęty...

Znamy to z autopsji. Przyznajemy się do tego z ogromnym wstydem. Otóż w zeszłym roku próbowaliśmy w pobliżu sumowego grajdołu łowić sandacze. Na sąsiadującej z zimowiskiem szerokiej i głębokiej płani zwykły stawać stada niezłych matowookich drapieżników. Tego dnia nie brały zupełnie. Trudno dziś przypomnieć sobie, który z nas pierwszy cisnął twistera obciążonego dwudziestogramową główką w drugą stronę. Ot, kontrolny taki rzut. Wywołany zawiścią. Wędkarze obrzucający jamę co pewien czas bowiem doprowadzali do burty potężną rybę. Ba, zdarzało się nawet, że pośpiesznie wyciągali kotwicę i przez kilka minut wożeni byli przez podhaczonego suma po Zalewie.

Znamy obaj znaczenie opadu przynęty. Twister ciśnięty przez nas, zawsze opada na napiętej żyłce. Zaznacza na kiju wszystko. Także i to, że sumów na zimowisku zegrzyńskim są setki. Zamarłe w półletargu ryby stoją w jamie jedna nad drugą, warstwami. Opadająca gumka odbija się od jednego, drugiego, trzeciego, czwartego grzbietu, zanim zetknie się z dnem. Wyjmuje się potem przynętę z żyłką pokrytą śluzem na odcinku metra, półtora. Bywa, że po wędrówce po sumowych grzbietach końcówka zestawu gruba jest jak sznurek... Trzeba śluz zdejmować paluchami. Z obrzydzeniem, niczym flegmę jakąś...

Cały szczęście nie z każdego miejsca na obrzeżu dołu daje się trafiać tak precyzyjnie. Jama jest pofałdowana, sama w sobie ma rowy i czeluście, stoki i gwałtowne obrywy dna...

- O rany - zajęczał któryś z nas tamtego listopadowego dnia - one stoją piętrami... Łowi się tak - rzut, opad przynęty na napiętej żyłce, najlepiej fluo. Sumowy grzbiet zaznacza się gąbczastym puknięciem w kij. "Zacinać" należy natychmiast. Jeśli się to nie uda, można pozwolić przynęcie opaść na kolejny grzbiet. Znów puknięcie, żyłka flaczeje na ułamek sekundy, kolejne "podcięcie"... Czasami zacinać nie trzeba. Ospały sum nie lubi, jak mu coś łazi po grzbiecie. Jego ciałem wstrząsa dreszcz. Albo odsuwa się nieznacznie. I siedzi. Na haku siedzi. Pewno go boli, bo zaczyna walczyć. Ot, sum z opadu, zalety agresywnego jigowania. Aż mu tyłkiem wyszło. Bingo!

Poczuć ten amok

Trudno się oprzeć łowieckiej pasji... Nie, wróć - łowieckiemu szaleństwo. Znacie ten amok? Kiedy raptem brać zaczyna ryba za rybą. I to nie byle jaka, pokaźna. Czy wiecie, jak się wówczas wygląda?

My wiemy, patrzyliśmy na siebie w tamten listopadowy dzień. Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że wyglądamy identycznie. Wzrok wytrzeszczony, osłupiały, zawzięty. Zęby zaciśnięte, mięśnie napięte do drżenia. Pełna koncentracja, jakaś taka złość, nienawiść. Szajba. Wygląd marines z Wietnamu, przeżyty na żywo film... Może "Pluton", może "Czas apokalipsy". Chce się wrzeszczeć, chce się przeklinać, chce się wyć. Na wędce kolejny sum. Drugi, trzeci? Nie pamięta się który. Mam cię, sukinsynu, mam cię! Jesteś mój, już nie żyjesz, trup jesteś i tyle... Wypiąłeś się? To nic, zakatrupię twojego braciszka, może matkę, może sumiastego tatusia. Rzut, plaśnięcie o zaszlamiony grzbiet. Zacięcie. Ale jakie... Nie nadgarstkiem, nie ramieniem, nie tylko całym ciałem, ale całym sobą. Moja zaprzedana dusza jest tam, pod wodą, jeździ z tym jigiem po tych wielkich rybach. Marzy o jednym - żeby się wbić, żeby zabić...

Przytomniejemy, kiedy jednemu z nas schodzi z kija potwór. Wyciągnęliśmy kotwicę i daliśmy się wozić przez dobry kwadrans. Boże, jak bardzo nienawidziliśmy tę rybę. Gdyby dała się podprowadzić do wierzchu, byliśmy gotowi szlachtować ją wiosłem, dźgać bosakiem, rozrywać własnymi zębami.

Siedzimy przez chwilę w milczeniu. Spada na nas straszny wstyd. Bez słowa odkładamy wędki i odpływamy stąd jak najprędzej. Głos odzyskujemy dopiero na przystani. Obaj wiemy, że musi pod mostem w Zegrzu powstać obręb ochronny. Jeżeli prawo zezwalać będzie na podhaczanie sumów, to mało jest mocnych, którzy po pierwszej rybie nie wpadną w bitewny szał.

Długo zastanawialiśmy się nad tym, czy możemy opisać technikę "agresywnego jigowania", czy mamy prawo ujawniać całemu światu sumowy dołek w pobliżu mostu w Zegrzu. Postanowiliśmy to uczynić jednocześnie z wystąpieniem do Wojewody warszawskiego o ustanowienie na okres jesieni i zimy obrębu ochronnego w tym miejscu. Jeśli nasza prośba zostanie odrzucona, to niech w tę zimę nazjeżdża się nad Zalew mnóstwo facetów z wędkami. Kwestia sumów z Narwi i z Bugu rozwiązana zostanie ostatecznie. W faszystowski sposób.

Tekst podpisany przez Marka Szymańskiego i Jacka Jóźwiaka, a więc wówczas cały praktycznie zespół ŚS.

Po tym wstrząsającym reportażu, kolej była na apel i głos Jeremiasza.

Brońcie swych wąsali! - część II batalii

Na dobrą sprawą w każdym niemal województwie, przez jakie przepływa spora rzeka, w której żyją wąsate drapieżniki, można by w ciemno zwracać się do wojewodów, by prosić ich o pomoc w ochronie tych wspaniałych ryb. Każda rzeka ma bowiem sumowe ostoje, znane doskonale przez miejscowych, a a czasem i przyjezdnych kłusowników.

To, co dzieje się nad takimi dołami, przechodzi ludzkie pojęcie. W robocie w całej Polsce są tysiące szarpaków. Całe szczęście nie każdy łachudra z obciążoną ołowiem gigantyczną kotwicą trafia w bok suma. Ale i tak śmiercią bolesną i tragiczną ginie co roku kilka setek potężnych ryb tego gatunku.

Ich waga idzie w tony.

Wiele sumów podczas obrzydliwego, siłowego holu za bok, za flaki, za oko, pokrywy skrzelowe, gardziel uwalnia się jakoś z haka. Niektóre z nich nie przeżyją odniesionych ran. Zdechną gdzieś w odmętach zimowych ostoi i wiosną wypłyną napęczniałe, obgniłe, ze zwisającą farfoclami skórą. Znów ktoś stwierdzi - jak to zdarzało się w ubiegłym roku, że sumy zniszczyła przyducha. Nic podobnego, ryby te zostały zamordowane w najbardziej okrutny i nieludzki sposób.

Postanowiliśmy założyć w redakcji rejestr miejsc zagrożonych przez kłusowników. Pragniemy ratować sumy przed zagładą. Polowania na nie przypominają jako żywo mordowanie afrykańskich słoni i nosorożców. Trzeba się temu przeciwstawić. Te wspaniałe ryby powinny być szczególnie chronione - po pierwsze kłusowników powinno ścigać się z całą surowością prawa, i karać nie przed kolegiami do spraw wykroczeń a przed sądami powszechnymi.

Po drugie powinien się wreszcie obudzić Polski Związek Wędkarski, by wydał drakoński z pozoru regulamin, który chroniłby wąsate drapieżniki przez bardzo długi okres - od listopada po koniec czerwca.

Prawdziwym wędkarzom, w tym szczególnie spinningistom, powinny wystarczyć cztery miesiące w roku na sumowe łowy. Wszak właściwie tylko latem można się zmierzyć z wytartym już sumem będącym w płeni sił, kondycji.

Poza tym konieczne jest podniesienie wymiaru ochronnego tej ryby. Etycznego wędkarza nie powinny interesować osobniki mierzące mniej niż jeden metr. Pozostawmy sobie, do licha, choć jedną rybę w naszych wodach, z którą zmagania przypominałyby autentyczne big game. Dopóki jednak nie zmieni się prawo, wszyscy, którym na sercu leży dobro przyrody i wędkarstwa, powinni - jak my - występować do organów administracji państwowej oraz do samorządów o ustanawianie obrębów ochronnych w miejscach zimowego gromadzenia się wąsatych olbrzymów.

Nasze działania, aby ustanowić choć jeden obręb ochronny na Zalewie Zegrzyńskim, mają moc precedensu - zwyciężyliśmy, więc spróbujcie i wy wygrywać wolne od kłusowników i pseudowędkarzy sumowe ostoje.

Spróbujmy razem zewidencjonować wszystkie zimowiska, w których co roku trwa rzeź tych wspaniałych stworzeń. Piszcie do nas o tym, występujcie do władz, walczcie, powołujcie się na zegrzyński precedens.

Nie przerywamy walki o polskie sumy. Niech się przy naszych rzekach schowa Ebro - gdybyśmy, tak jak Hiszpanie, potrafili zadbać o sumową populację, to do nas przyjeżdżaliby wędkarze z całego świata. I my latem spotykalibyśmy się oko w oko z tysiącznymi, wielkimi sumami.

Działaliśmy, działaliśmy, więc od razu, w tym samym pierwszym numerze, pod spodem - mogliśmy pokazać Czytelnikom efekt tego działania.

Sumy wygrywają! - część III batalii

Wystąpienie razem z artykułem przesyłamy faxem do biura rzecznika prasowego wojewody warszawskiego. Ryszard Hoffman reaguje bardzo szybko. Tekst robi wrażenie - mówi przez telefon. Rzecznik dobrze rokuje naszej sprawie. Wicewojewoda Tokarski jest wędkarzem.

Umawia nas na spotkanie. Trzeba poczekać kilka dni. Ale już we wtorek, 5 listopada, jedziemy do ratusza. Ja, Marek Szymański oraz Marek Trojanowski czekamy w sekretariacie wojewody. Mamy tremę i, prawdę mówiąc, jesteśmy zadziwieni tempem rozwoju sprawy. Wszyscy trzej boimy się urzędników - nasze doświadczenia z biurokracją nie są najlepsze.

Wchodzimy do gabinetu. Wita nas wicewojewoda Zdzisław Tokarski, jest także Dyrektor Wydziału Ochrony Środowiska, Rolnictwa i Leśnictwa, inż. Tadeusz Komorowski. Z boku przycupnęła przedstawicielka biura rzecznika.

Referujemy sprawę. Konkretnie, dramatycznie, szczerze aż do bólu. Robi to wrażenie. Pada pytanie, dlaczego PZW nie zajął się tą sprawą, jest przecież - twierdzi wojewoda - bardzo życzliwie traktowany przez urząd.

- Mówiłem o tych faktach prezesowi Grabowskiemu - podkreślam dobitnie - dwa lata temu i rok temu. -

No i... - dopytuje wojewoda.

- No i powiedział, że trzeba coś zrobić z tą sprawą...

Chwila milczenia, niezbyt miły dla związku komentarz.

Rozmawiamy o różnych sprawach - o kłusownictwie, o rabunkowej gospodarce, o melioracjach i małej retencji. Staramy się uczulić urzędników na nasze, wędkarskie sprawy. Nie mamy przecież nic przeciwko retencji, jeśli tylko pozostawi się obejścia dla ryb, wybuduje przepławki, nie zniszczy środowiska nadrzecznego.

To samo dotyczy melioracji - nie jesteśmy przeciwko, lecz przeciw bezmyślnej. Wojewoda podchwytuje wątek. Nawet na silnie meliorowanych terenach nad rzekami i odpływami wód gruntowych powinna zostać zachowana wyraźna linia drzew i krzewów. I jeśli da się tego uniknąć, nie należy prostować rzek pod geodetyczny strychulec.

A sprawa, z którą przyszliśmy?

Właściwie nie ma sprawy. Dyrektor Komorowski ma natychmiast przeanalizować problem, porozumieć się z komendantem Państwowej Straży Rybackiej i nadać oficjalny bieg.

- Cóż, biurokracja ma swoje prawa - uśmiecha się Tokarski. - Proszę zadzwonić za tydzień, dziesięć dni...

Wychodzimy pełni nadziei. Ale ja nie potrafię wytrzymać tyle czasu. W terminarzu już pod datą 8 listopada zapisuję na czerwono - zadzwonić do ratusza!

Nie zdążę. Tego dnia koło godziny 11.00 do telefonu przywołuje mnie sekreterka dyrektora Komorowskiego. Pędzę korytarzem na złamanie karku. Tadeusz Komorowski informuje mnie, że sprawa ruszyła swoim torem. Wojewoda podpisał wystąpienie do Sejmiku Samorządowego. Uczynił to po długiej rozmowie telefonicznej i obietnicy, że sprawa zostanie rozpatrzona w ciągu trzech dni. Potem natychmiast wydany zostanie Dziennik Urzędowy, w którym opublikowane będzie rozporządzenie w sprawie powołania obok mostu w Zegrzu obrębu ochronnego. Jeszcze tylko dwa tygodnie vacatio legis i na grobli przymostowej stanie tablica informująca o decyzji wojewody.

Od początku grudnia więc sumy z zegrzyńskiego dołka będą prawnie chronione, a straż rybacka będzie mogła karać dotkliwie każdego, kto spróbuje tam łowić.

Trudno w to uwierzyć, ale wygraliśmy tę sprawę dla sumów. Mimo że nie jesteśmy organizacją społeczną, instytucją. Po prostu mieliśmy sprawę do wojewody. A on życzliwie nadstawił ucha.

Kiedy wpadam do redakcji z tą informacją, Marek Szymański zachowuje się jak Jordan po strzeleniu kosza z połowy boiska. Bo jednak można załatwić coś w tym kraju. Tylko nie wolno czekać na tych, którzy powinni się problemem zająć z racji gestii i statutu.

Prosimy - po naszej małej victorii - wszystkich zatroskanych konkretnymi sprawami Czytelników, by szli za naszym przykładem. Wystarczy grupa zdeterminowanych facetów i odpuszczenie sobie struktur związkowych. Trzeba samodzielnie walczyć o nasze. Piszcie do nas o podobnych sprawach. Jeśli będzie trzeba - pomożemy.

Pracowałem w "Świecie Spinningu" do października. Nikt do nas wtedy nie napisał. Gazety już nie ma, ale zawsze kiedy jadę przez most w Zegrzu, robi mi się bardzo ciepło na duszy. Dumny, jestem, kurde, z tego, co się da załatwić, jeśli tylko zbierze się paru wariatów... Koniec

 
Teksty Jacka Jóźwiaka za zgodą autora..
Copyright Muskie.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.