Strona główna Przewodnik po stronie Rejestracja i logowanie Nasza społeczność Terminarz Muskie.pl Pliki do zaladowania Noty prawne Pytania i odpowiedzi Wyszukaj w muskie.pl Adresy, nazwiska, kontakt
 
Wędkarstwo Podysdkutuj o wędkarstwie Galeria Fotograficzna dla wędkarzy Wędkarskie pamiętniki Sklep wędkarski Muskie Internet wędkarski
 
 
Rady dla nowicjuszy Wędkarstwo spławikowe Wędkarstwo gruntowe
Wędkarstwo spinningowe Wędkarstwo muchowe Wędkarstwo podlodowe
Ryby spokojnego żeru Ryby drapieżne Ryby krainy pstrąga
Przewodnik po łowiskach Porady taktyczne Fortele i tricki
Warszatat wędkarski Przynęty narozmaitsze Sprzęt i wyposażenie
Wędkarskie reportaże Publicystyka wędkarska Nasze próby literackie
Najnowsze informacje Impresy wędkarskie Strony reklamowe w Muskie.Pl
 
Akweny Eldorado Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Autor: Jacek Jóźwiak   
Artykuł o polskim kłusownictwie. Jest tak różne, jak różni są Polacy. Jednocześnie jest na nie społeczne przyzwolenie i nie znam kraju - choć znam na przykład realia zza naszej wschodniej granicy - gdzie kłusowano by tak powszechnie, tak bezmyślnie i tak obrzydliwie jak w Rzeczpospolitej. Wędkarska publicystyka

Ryba zawsze skrzy się drogocennym kruszcem. Niektóra srebrem markowym, jak boleń czy płoć, niektóra stopem szlachetnych metali - jak leszcz z jeziorowego stoku, inna złotem skrzy się - jak karp, lin czy karaś...

Jeszcze inna sama jest wyrobem jubilerskim, ot, wzdręga, okoń czy sandacz z żyznego zbiornika. Albo węgorz, który zwinąwszy się na piachu piękniejszy jest od skarbu Tutanchamona. Czy pstrąg, troć, łosoś - toż to szlachecki przepych, który nakazywał metal zdobić drogocennymi kamieniami.

Ale ryba to nie tylko symbol srebra i złota, nie tylko metafora estetów. To żywy szmal, gotówka. Dużo pieniędzy. Dla małego krętacza i dla mafijnego bossa. Dla kłusownika, który w piwnicy odlewa kilka kotwic do szarpania, dla właściciela żaka, drygawicy, sznura zastawnego. I dla posiadacza kilku łodzi z silnikiem Johnsona, furgonetki z nowoczesną chłodnicą i przemysłowej wędzarni oficjalnie zarejestrowanej i dającej państwu pieniądze.

Więc ryba skrzy się i szeleści. Wiedzą o tym licencjonowani rybacy, oficjalni dzierżawcy skarbowych wód. I dobrze wiedzą kłusownicy. Różnego formatu.

Drobnica

Są jak kieszonkowi złodzieje. Nastawieni na niewielki zysk. Ich narzędziem jest szarpak, niewielka podrywka (taka 3 na 3 m), sznur z kilkudziesięcioma hakami, krótka drygawica lub żak bez naganiających płotów. To fachowcy, znawcy rzek i jezior, tarlisk i szlaków tarlanych, zimowisk, dołów sumowych. To ludzie, którzy rybie zwyczaje i rybi kalendarz lepiej znają od większości wędkarzy i niejednego ichtiologa.

- Szajbusy, wariaci, nawiedzeni - mówią o nich zawodowi rybaccy strażnicy z Ostrołęki.

- Chorzy, uzależnieni, ogarnięci jakąś obsesją - słyszy się w stołecznym komisariacie rzecznym.

- Nałogowcy - podsumowują ich na Mazurach.

Chwytani na gorącym uczynku, po raz pierwszy, drugi, dziesiąty, karani przez kolegia, tracący sprzęt, dobre imię - wracają nad wodę natychmiast. Zarabiają na spłatę grzywny szarpiąc, stawiając sieci, mordując ryby prądem z linii przesyłowych. I te ryby, nienawiść do ludzi chroniących wody, stają się sensem ich życia. To ich trzeba skuwać przed posadzeniem w łodzi, to tacy gotowi są sięgnąć obręczą kasarka pod napięciem w gołe ciało strażnika czy policjanta lub wbić osękę pod kolano, w nerkę, płuco.

Pod koniec sezonu żeglugowego szaleją gliniarze wodni z Warszawy. We wrześniu Wisła przestaje być akwenem eldorado. Z wody, z lądu, samochodami, łodziami, pieszo, z odbezpieczoną bronią i z psami...

Z główek, z zatok, z kłusowniczych ujażdżek znikają amatorzy. Na żoliborski burzowiec przestają przychodzić gromady nastolatków z szarpakami, podrywki i drygi z Burakowa, Kiełpina, Łomnej, Czosnowa wedrują na kilka tygodni do komórek. Wiele z nich znajduje się w kanciapie pod schodami komisariatu.

- To cieszy, kiedy są efekty - opowiada jeden z policyjnych wodniaków. - Nie tylko nas i naszych przełożonych. Radują się ludzie nad wodą, szczególnie wędkarze. Dziękują nam, chwalą. Nieraz bardzo wylewnie, serdecznie. Te podziękowania dodają sił i odwagi. A odwagi nam potrzeba. Nikomu nie życzę spoglądania w oczy kłusownika po raz trzeci złapanego na gorącym.

- Boimy się, wychodząc z łodzi na interwencję. Tracimy kontakt radiowy z "fabryką". Radiotelefony możemy sobie obejrzeć na Polsacie, wiszą u pasa amerykańskich gliniarzy z seriali. Różne "bewerlyhilsy" szczękają zamkami śrutówek remingtona, a my na brzeg wyłazimy z bronią typu wojskowego. Użyjesz, masz trupa. Urwie nogę, wypatroszy, wyrwie płuco...

- Oni wiedzą, że my boimy się trzymać broń w ręku.

- Bogu dzięki, oni też się boją. Szczęk zamka tokariewa jest przekonujący, choć nic nie może się równać z odgłosem repetowania policyjnej strzelby.

- Kiedy młodemu policjantowi zaczęły się trząść ręce, zaciśnięte na kolbie pistoletu - wspomina jeden z dwukrotnie ujętych szarpakowców - przestałem pyskować. Pomyślałem, że jeśli on przestraszy się jeszcze bardziej, to mnie zastrzeli.

- Mam ochotę wygarnąć, czasami mam ochotę strzelić - przyznają poza protokołem. - Widzę go po raz trzeci, piąty no i mam ochotę... Grzywna? Jaka grzywna, co to jest ta grzywna? To dzień szarpania, jedno zręczne zastawienie sieci.

Wsie nad rzeką

Nad Narwią i Bugiem takich wsi są dziesiątki. Niemal w każdym gospodarstwie poukrywane w sąsiekach leżą drygawice, kłomle, więcierze. To wsie i ludzie od pokoleń wpatrzeni w rzekę. Kłusowali pradziadowie, ojce. I oni kłusują. Starzy wspominają, że inne było kłusowanie za sanacji - nadzorca wodny ani się wahał sięgnąć po gwintówkę i nafaszerować grzbiet gryzawkową solą czy nawet kaczym śrutem. Ani się namyślał, by wezwać granatowych, zrewidować obejście od strzechy po przycieś. A z sądem przed wojną to była krótka rozmowa - nadzorca zeznał, policjant potwierdził, sieć znalezioną rzucili na trybunalski stół i obwiniony już słyszał szczęk zamka w powiatowej kozie. Drugi raz zdybali i za kłusownikiem zamykała się brama okręgowego kryminału. Tak i z siatką wychodziło się czarną nocą, czarną nocą wybierało, czarną nocą chodziło do Żyda, by mu rybę sprzedać.

A dziś? Ot, Kuligów, Ślężany, Dręszew, Kamieńczyk, Barciany nad Bugiem. W biały dzień na nurcie korki drygawic skaczą, w biały dzień chłop do "siły" się podłącza i prądem głuszy ryby. A na płocie wiesza szyld ręcznie malowany: "TU ryba świeża!"

Kiedy z wiosny sandacz na tarliska włazi, kiedy węgorz wybiera się w najdłuższą podróż, a leszcz i płoć z dopływów schodzi, to na wodzie sieć przy sieci. Strażnicy rybaccy, policjanci, aktywni członkowie PZW, którzy tworzą przeciwkłusownicze patrole, wspominają:

- Na wale cała wieś. My na wodzie zbieramy sieci, a ona z brzegu śle na nas przekleństwa, w które i diabeł, i Bóg są zamieszani. Lecą w naszą stronę kamienie, a my już tych siatek na pokład nie ładujemy, nie mieszczą się na poprzednich. Więc rżniemy te siaty nożami, na strzępy, na kawałki. I odpływamy. Wracamy nazajutrz. I znów wśród przekleństw zabieramy się do roboty. Siatek trochę mniej. Po kilku dniach jeszcze mniej, po następnych dwie, trzy. To chłopi, więc liczyć potrafią. Zysk z ryby strat w sprzęcie nie pokryje. Na wodzie zostają nałogowcy. Ale ile takich akcji przeprowadzić można?

- Przed wojną to było prawo na wodzie i moc do tego prawa - wspomina sędziwy Antoni Kotlik z Wyszkowa. Był do 1939 nadzorcą wodnym, tyczył farwater, wiechy stawiał i ryby w rzece pilnował.

- Na ten przykład przychodził do mnie ekonom z Niegowa i mówił: Antoni, u Mirgów spod Młynarzy za tydzień wesele będzie. To ja szedł na posterunek w Ostrowii, przydzielali mnie posterunkowego z przodownikiem i za parę dni stawał Mirga przed grodzkim sędzią. Sędzia był mądry człowiek, wesele kazał wyprawić, noc poślubną z babą spędzić i na drugi dzień do aresztu się zgłosić na trzy miesiące. Parę takich wyroków i ryba na wesele kupowana była u rybaka odcinkowego. Bo prawo zawczasu myślało, a sprawiedliwość moc miała.

- A dziś małych spraw prawo nie pilnuje, wielkim nie poradzi...

Szmal na tarło ciągnie

Wielki szmal. Kiedy w troci zagrają hormony, nic się nie liczy. Tylko droga. W górę pomorskich rzek. Jaz, śluza, przepławka - to dla ryby oszalałej od prokreacyjnej żądzy żadne przeszkody. Rzeczki, strumienie, kanały melioracyjne lśnią żywym srebrem. To czas narodzin i śmierci - pękają od ikry brzuchy samic, samce leją mleczem, a na brzegach wioski całe z sieciami, ościeniami, widłami, szarpakami. Na drzewach i wieżach triangulacyjnych wyrostki na czatach. Niczym w partyzantce. I nie palce włożone do gęby zaalarmują kłusowników, nie gwizd przeraźliwy, lecz kupione na targowisku walkie-talkie japońskiej produkcji albo po prostu komóry.

Mechanizacja, elektronika, pomysłowosc godna Nobla - zanim ziemia stwardnieje od mrozu, co przemyślniejsi prowadzą na brzeg izolowane przewody, ukrywają gniazdka w popróchniałych pniakach, wśród kamieni. I czekają - na ten dzień, w którym zasrebrzy się rzeka. Wystarczy przyjść z długim kasarkiem z mosiężną obręczą, włożyć wtyczkę do kontaktu...

Pomorscy strażnicy, spinningiści i mucharze potrafią się popłakać, kiedy uda im się schwytać kłusownika. W workach, skrzyniach, bagażnikach samochodów znajdują czasem sto, czasem dwieście dorodnych ryb...

Po kłusowniczych wioskach jeżdżą samochody z trójmiejską, szczecińską, poznańską, stołeczną, a nawet katowicką rejestracją i skupują łup kłusowników. Trocie trafiają potem do dużych chłodni, wędzone są partiami w ciągu kilku miesięcy. Większość z nich dostaje fałszywe faktury i trafia do dobrych knajp, do Niemiec, Holandii...

Grube ryby

Grube ryby nie boją się niczego. No, może bessy na giełdzie i nieprzekupnych urzędników fiskusa. Ale grube ryby znają prawo lepiej od ustawodawcy. Zatrudniają na etatach najbardziej wziętych prawników. Zazwyczaj dzierżawią od Agencji Rolnej Skarbu Państwa jakieś jezioro. I w nim piorą skłusowane węgorze, sieje, sielawy. I te trocie z tarlanych ciągów. Uśmiechają się miło do odwiedzających ich dziennikarzy i szczerze z nimi rozmawiają. Ale ochroniarze starannie sprawdzają reporterskie torby i kieszenie, oglądają długopisy... Elektronika jest świetnie rozwinięta, grube ryby nie lubią magnetofonów, fotoaparatów, boją się nadajników. Ale kiedy są pewni siebie, potrafią się spojrzeć znacząco, ironicznie uśmiechnąć i opowiedzieć, że z 70-hektarowego stawu wybierają kilkadziesiąt ton węgorza rocznie, że w zamulonym, płytkim jeziorku latoś obrodziło sielawą i sandaczem.

O grubych rybach opowiadają przy wódce mazurscy policjanci i prokuratorzy. Z żalem i nieoficjalnie. O łodziach z dwustukonnymi silnikami, o echosondach i radarach, o radiotelefonach Ericksona i terenowych samochodach Mitsubishi będących w dyspozycji grubych ryb. O wontonach, włókach, niewodach, agregatach, przy których zawodowy sprzęt rybacki jawi się jak ostatnie badziewie...

A potem się upijają ze smutku, ze złości, z bezradności. Płaczą albo odgrażają się i klną w żywy kamień. A kiedy wytrzeźwieją, łapią nad jeziorami mizerne płotki - gościa, który zbiera węgorzowe pupy, amatora okoni z oblanką, faceta wyciągającego niewielki żak... W poczuciu bezradności zatrzaskują drzwi do swoich maluchów, polonezów czy "cienko-cienko" i memłają w ustach przekleństwa, kiedy mijają BMW syna grubej ryby...

- A czy pan wie - powiedzą dziennikarzowi - że w Komendzie Głównej jest jeden facet, który zajmuje się stykiem wody z lądem. Jeden jedyny... Koniec tekstu!

 
Teksty Jacka Jóźwiaka za zgodą autora..
Copyright Muskie.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.