Strona główna Przewodnik po stronie Rejestracja i logowanie Nasza społeczność Terminarz Muskie.pl Pliki do zaladowania Noty prawne Pytania i odpowiedzi Wyszukaj w muskie.pl Adresy, nazwiska, kontakt
 
Wędkarstwo Podysdkutuj o wędkarstwie Galeria Fotograficzna dla wędkarzy Wędkarskie pamiętniki Sklep wędkarski Muskie Internet wędkarski
 
 
Rady dla nowicjuszy Wędkarstwo spławikowe Wędkarstwo gruntowe
Wędkarstwo spinningowe Wędkarstwo muchowe Wędkarstwo podlodowe
Ryby spokojnego żeru Ryby drapieżne Ryby krainy pstrąga
Przewodnik po łowiskach Porady taktyczne Fortele i tricki
Warszatat wędkarski Przynęty narozmaitsze Sprzęt i wyposażenie
Wędkarskie reportaże Publicystyka wędkarska Nasze próby literackie
Najnowsze informacje Impresy wędkarskie Strony reklamowe w Muskie.Pl
 
Troć * Blitzkrieg Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Autor: Jacek Jóźwiak   
O istocie i o sednie łowienia troci i łososi w pomorskich rzekach. Co pcha ludzi do przejechania setek kilometrów, co powoduje, że nawet sylwestrowe noce potrafią oni spędzić w pociągu czy w aucie w drodze na ryby, te szczególne, nałogowe ryby... Wędkarska publicystyka

Jedziesz znowu. Słuchasz stuku kół i wciąż tych samych opowieści. Znów szyję ci wyciąga nowo ubarwiona przynęta w cudzym pudełku - po co, przecież masz podobne już od dwóch lat... Jakaś magia musi tkwić w tych wyjazdach, skoro różni faceci rok w rok to szaleństwo powtarzają. I jak zapewniają ci, którym jakieś okoliczności wyrwały z życiorysu pojedynczą taką eskapadę - bez tego początek roku jakiś taki nieprzeżyty, niepełny... Jednym słowem: nie-początek.

Troć ludzi brata. Wystarczy spojrzeć na ludzi z jednego przedziału pociągu na Pomorze. Jeżeli na stacji w głębi kraju znajdzie się ośmiu trockistów, nawet z nie znających się grup (co wydaje się nieprawdopodobne na początku i na końcu sezonu), to i tak podróżować będą w jednym przedziale. Łosośka czyni rzeczy niemożliwe możliwymi - zaprzyjaźnia na czas jednaj wyprawy Kraków z Warszawą, Bydgoszcz z Toruniem, Legię z Widzewem...

Jeden ze starych łososiowców, posiadacz wykształcenia o tyle dogłębnego, co klasycznego, twierdzi kategorycznie, że dwie są sprawy, które pogodzą Polaków - Polonia Restituta i Salmo trutta. Ostatnio okazuje się, że z tym pierwszym gorzej, natomiast drugie wciąż działa.

* * *

Więc jedzie pociąg na Pomorze, a obok siebie docent i kolejarz, redaktor i operatorowy blindownicy, lekarz i sale menager, kapitalista i wyzyskiwany najmita... Wszyscy razem - trockiści.

Zrobili coś niesłychanego niesłychanego Polsce konwenansów i kurczowego trzymania się sztampy - porzucili otóż swe rodziny, sympatie, układy i zależności w przededniu sylwestrowej nocy czy karnawałowego weekendu. Zamienili bale i bankiety na mróz, czasem na ukośną i zamarzającą na twarzy śląpę, na wichrzysko. Zamiast paść nad ranem od pląsów tanecznych i występów przy barze, "złachają się do upadu" nad Regą, Parsętą, Słupią, Wieprzą...

Na razie wyglądają - i takie komentarze słyszy się w pomorskich ekspresach - niczym faszyści jacyś, skinheadzi czy inne anioły piekieł. Ciuch jeden - paramilitarny, bagnetowo-chirurgiczny, panterkowo-morowy... Trockistowska bojówka, dzieci Bin Ladena. Przed akcją. Nastroje propagandowe.

Podczas powrotu znad Rzeki sprawiać będą niekiedy pozór armii von Paulusa pobitej pod Stalingradem. Paradoks polega na tym, że i tak będą zwycięzcy - to nie oni, to "troćken" kaputt. Choćby i jedna u kogoś innego, choćby i nad inna rzeką...

Świąteczny pociąg na Pomorze. Niemal w każdym nocnym znajdzie się grupka trockistów śpieszących na swa szybką wojnę z łosośką. Skąd się we mnie tyle nabrało wojennych skojarzeń... I to tych germańskich, teutońskich, nieprzyjemnych... Blitzkrieg na przykład...

No jasne, przecież i ja sam tyle razy bywałem takim trociowym Guderianem. Ale kocham to słowiańska miłością. I masa moich przyjaciół także czuje podobnie. Sentymentalnie, miękko, pieszczotliwie. Dlaczego wić co roku wychodzi z inauguracji sezonu ten cholerny

Drang nach Pommern

Tyle razy pisaliśmy o tym w wędkarskiej prasie - o tych hordach w noworoczny dzień i pierwsze noworoczne weekendy, które zaśmiecają w niebywały sposób brzegi rzek i wszystkie dojazdowe drogi do rzeki. O plastikach, szkle i każdym innym świństwie. Z wędkarskimi wizytówkami włącznie. Z nimi przede wszystkim. Tysiące papierków, kopertek, pudełek po przynętach, kartonikach po przynętach, plastikowych butelek, szklanych butelek...

I te dziesiątki luda we wszystkich bankowych miejscówkach. I cały Słupsk trociarzy, Trzebiatów, Ustka, Kołobrzeg...

Wystarczy więc przejść się brzegiem którejkolwiek z trociowych rzek, by nie tylko pokory się uczyć, ale i wnioski wysnuwać po dziesiątnych technikach stosowanych przez trockistów. Pozornie każdy spinningista ma jeden, jedyny cel - dostać łosośkę, zawalczyć z nią mniej czy bardziej finezyjnie, pstryknąć jedno, dwa zdjęcia i powrócić do żmudnego zajęcia przeczesywania konkretnego fragmentu rzeki.

Nie daje się też ukryć, że każdy, kogo z daleka czy z bliska przygnała tu trociowa szajba, musi być mięsiarzem. Niekoniecznie w paskudnym znaczeniu tego słowa. Po prostu ryba, która jest celem tego przedziwnego Blitzkriegu, jest w smaku wyśmienita.

Do tego stopnia, że można ją pożerać na surowo - wszak łososiowy tatar większym jest rarytasem od "mięsnego", choćby przyrządzanego z argentyńskiej bukatówki.

Mięsny stosunek do polowania na łosośki może być dwojakiego rodzaju. Wielu kolegów, naszych przyjaciół nawet jeśli nie poznaliśmy ich jeszcze osobiście, to przyjaźń tę deklarujemy - pragnie zakończyć dzień kompletem. A potem, czy tu na Pomorzu, czy gdzieś w głębi Polski, ma zamiar wraz z najbliższymi komplet ten pożreć . Ale w żadnym wypadku nikt z nich nie posunie się w swym łowieckim pożądaniu do stosowania technik połowowych w najmniejszym nawet stopniu nie fair.

Ci o przesadnie sportowym zacięciu (a może być ono przesadne, słowo honoru!) za nic w świecie nie dociążą pływającego woblera oliwką zablokowaną na żyłce, nie podadzą wahadłówki zbyt mocno pod prąd rzeki i za skarby nie dołożą doń drugiej kotwicy. Nie chcą bowiem, by padł na nich choćby cień podejrzenia o tzw. trzebiatowskie agresywne jigowanie...

Przepraszam oczywiście wszystkich przyjaciół z tego zacnego nadreskiego miasta, od których niejeden raz uczyliśmy się cudownej łosośkowej etyki, ale tak zwykło się - niestety - nazywać technikę podawania ciężkiej wahadłówki wysoko pod prąd, powolne ściąganie jej tuż przy dnie i kwitowanie najlżejszego oporu, stuknięcia mocarnym podcięciem-szarpnięciem.

Jest to, niestety, technika skuteczna nad wyraz "brań" mają miejscowi jigiści masę, choć rzadko gębowych, częściej ogoniasto-bocznych...

Tę stylistykę - uprawianą każdą przynętą, od dociążanych ołowiem gębali, przez wirówki niby-lusox, po potrójnie znitowane algi - uprawia się nad każdą z rzek trociowej korony.

Warto w drodze na pierwszą łosośkową wyprawę w roku 2002 pomyśleć przed kwadrans o planowanej technice prowadzenia przynęty. Może kogo wrażliwszego aż wzdrygnie - że przez lata nie dbał o kunszt prowadzenia, lecz uprawiał chamski trutting. I oczywiste Drang nach Pommern.

Ars truttandi

Różnie sądzi się o sztuce trociowania. Opinie podzielone są zarówno wśród łososiowej braci, jak pośród kłusoli. Niejeden który ma na rozkładzie setkę sztuk, zawsze twierdzić będzie, że trotka jest rybą przypadku, szczęścia, fuksiarstwa. Opinii tej nie zmieni przez kolejną setkę łososiek na kiju i na patelni.

Inny - choćby złowił w ciągu kilku lat wyłącznie tę jedną, jedyną - podkreślać będzie, że nawet srebrniak szukający barłogu do tarła, musi zostać przez wędkarza skrzętnie wychodzony i wydłubany ze ściśle określonego stanowiska.

I jeden, i drugi typ trockisty tak po prostu mają i już. Być może ich spojrzenie - z biegiem lat, z biegiem rzek - ulegnie kiedyś ewolucji i zmieni się, ale niekoniecznie i raczej rzadko. W ogóle łosośkowy klan stanowi cudaczne zgromadzenie różnego rodzaju fiksatów, zwolenników jedynie słusznego zdania. I właśnie to stanowi o jego wspaniałości, potędze, osobliwości.

Potrafią bowiem - dzieje się tak w większości znanych mi "zgromadzeń" - przerwać dyskusję na moment przed awanturą i zacząć rozprawiać o czymś zupełnie innym od karkołomnych hipotez .

Na przykład o woblerach z Czarnego, plecionkach, czy też przewagi ABU nad Shimano... I to jest cud, jak mawiają w kręgach dewocyjnych. Więc jak to z tą Salmo trutta właściwie jest? Czy jest to ryba szczęścia, czy łowieckiego kunsztu?

Ba, nie takie pytania stawiano tylko i wyłącznie po to, by na nie odpowiadać, a nie po to, by odpowiedzieć na nie. Jakąś nawet nazwę ma coś takiego w filozofii...

Przypatrzmy się więc wszyscy... Nawet jeśli wiatry niepomyślne, na Bałtyku lekkie sfalowanie lub zgoła sztil i troćka nie wchodzi srebrną ławą do pomorskich rzek, to wielu z kolegów złowienie łosośki uważa za niebywale szczęście.

- Dziś troćka jest rybą szczęścia - słychać na przykład w Mrzeżynie.

Tylko idiota zakwestionowałby takie rozumowanie. Ale i ten, który w konkretnym dniu, w danej sytuacji uważa troć za rybę szczęścia, ma dwa łowieckie wyjścia. Może wyjść nad rzekę i w byle jakim dołku, na pierwszym zakręcie czy płani przeorywać wodę w nadziei, że rzuci pod pysk przepływającej czy odpoczywającej troci.

Można też w sposób przemyślany, chłodny, spokojny przeszukiwać rzekę kilometr po kilometrze. Warto w poszukiwaniu zasiedziałej łososki bobrować przynętą każdy zachęcający wykrot, zwałowisko, dołek przyburtowy, rynnę wzdłuż krzaków. Wówczas także trotka będzie rybą szczęścia, ale szczęścia mądrego, doświadczonego, myślącego.

A taki fart jest już kunsztem najwyższego lotu.

* * *

A diametralnie odmienna sytuacja - ot, na Bałtyku wieje nordowa westa (tak rybacy zwą silny wiatr północno-zachodni) i nie ma siły, troć musi ławą wejść do pomorskich rzek. Cała trockistowska brać z całego kraju i z całych sił marzy, by od Gwiazdki Bałtyk stał w takiej cyrkulacji.

Nigdy na coś takiego nie trafiłem, ale mawiają, że wówczas łowi każdy. I ten najlepszy, i ten, co to spinning w garści ma po raz pierwszy. Szał, wariactwo, orgazm trockisty! To w takie właśnie dni ludziom przyzwoitym rozum odbiera. Opowiadali mi niezwykle wiarygodni i szlachetni ludzie - ręcząc przy tym słowem honoru - że w takie dnie widzieli niejeden raz, jak koledzy ze sławnymi nazwiskami upychali po bagażnikach swoich drogich aut nadkomplety łososiek.

Ale won patologie, to właśnie w takie dni zawisają na moment na wędkach spinningistów ryby, których nie ma i nie może być... Dwudziesto kilogramowe. Ależ proszę, i takie przecież lądowały na brzegu... A może ćwierćcentnarowe? I o takich słyszano.

Ale to przecież w ubiegłym roku na oczach setek gapiów w Słupsku Mieście widziano łosośkę ze trzydzieści kilo w półtorametrowym wyskoku nad powierzchnię rzeki...

Czy tedy w dni ciągu jest trotka rybą szczęścia byle jakiego, pośpiesznego, leniwego?

Oj, chyba nie... Znalezienie dużych zgromadzeń srebrniaków bynajmniej nie należy do łatwych rzeczy. Nie mowa tu, oczywiście, o tych zaznaczonych pięćdziesiątką chłopa na brzegu, a o tych, których tajemnicy Bóg strzeże w swej łakawości.

Bywa - także dzięki wzmiankowanej łaskawości - że dla wielu trockistów całe życie troć szczęściem będzie. Znam przecież niejednego, który kilkadziesiąt razy wrzucił łosośce na łeb przynętę i pozostał wnioskowo pusty jak flakon. Bo i po co im wnioski, skoro mają szczęście?

Gdybym ja - i wielu moich przyjciół - miał za kochankę taką fortunę, to, dalibóg, żaden z nas nie zadawałby sobie trudu, by wertować jakieś zagraniczne periodyki, książki, sprawozdania ichtiologiczne... Któż z nas nastawiałby uszy na każde opowiadanie o trociowych wyprawach, na każdą, najbardziej nawet niesamowitą teorię, hipotezę, bzdurność.

Ale przecież po to, by przygotować się do szybkiej wojny, należy zacząć od zbierania informacji. Przydać się może każda - od prognozy meteo, przez informacje telefoniczne od kolegów z Pomorza, lekturę prasy lokalnej z kilku ostatnich lat, naciągnięcie na zwierzenia każdego dobrego łosośkarza, jaki się napatoczy. Warto, wszystko może zaowocować. Wywiad to podstawa.

Na Blitzkrieg ludzie z Polski mają zazwyczaj półtora dnia! Koniec tekstu!

 
Teksty Jacka Jóźwiaka za zgodą autora..
Copyright Muskie.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.