Strona główna Przewodnik po stronie Rejestracja i logowanie Nasza społeczność Terminarz Muskie.pl Pliki do zaladowania Noty prawne Pytania i odpowiedzi Wyszukaj w muskie.pl Adresy, nazwiska, kontakt
 
Wędkarstwo Podysdkutuj o wędkarstwie Galeria Fotograficzna dla wędkarzy Wędkarskie pamiętniki Sklep wędkarski Muskie Internet wędkarski
 
 
Rady dla nowicjuszy Wędkarstwo spławikowe Wędkarstwo gruntowe
Wędkarstwo spinningowe Wędkarstwo muchowe Wędkarstwo podlodowe
Ryby spokojnego żeru Ryby drapieżne Ryby krainy pstrąga
Przewodnik po łowiskach Porady taktyczne Fortele i tricki
Warszatat wędkarski Przynęty narozmaitsze Sprzęt i wyposażenie
Wędkarskie reportaże Publicystyka wędkarska Nasze próby literackie
Najnowsze informacje Impresy wędkarskie Strony reklamowe w Muskie.Pl
 
Zalew Głębinowski Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Autor: Jacek Jóźwiak   
Z "Przewodnika dla wędkarzy": Tak się mówi o Zalewie Nyskim i tak już się nawet zaznacza na mapach, ponieważ w Głębinowie jest stanica wędkarska, kilka interesujących ośrodków oraz wypożyczalnie łodzi. Do powodzi w 1997 r. było to niewątpliwie najciekawsze i najbardziej obfite łowisko sandaczowe w Polsce. Potem nastąpił ogromny przybór wody i jezioro zostało „przepłukane”, co najgorsze – zamulone.
Łowiska

Poza tym jest bez litości eksploatowane przez rybaków sieciowych. Większość wędkarzy, którzy przyjeżdżali tu z daleka, twierdzi, że populację sandacza przetrzebiono tak znacznie, że stare stanowiska świecą teraz pustkami. Miejscowi jednak nadal łowią tutaj wielkie drapieżniki tego gatunku. I to łowią tak samo jak przed wielką falą – kompletami. Odszukali w sporym (ponad 7 km długości i 3 m szerokości) jeziorze nowe stanowiska tych ryb. Strzegą jednak zazdrośnie swych tajemnic i kiedy tylko któryś z przyjezdnych wędkarzy zaczyna się zbliżać do ich nowo odkrytych miejscówek, czym prędzej wyrywają kotwice z dna i odpływają, gdzie pieprz rośnie.

Przewodnik dla wędkarzyZnakomite warunki w Zalewie Głębinowskim zapewnił sandaczom socjalizm. Gospodarka planowa rządziła się swoją logiką – robota ślimaczyła się miesiącami, by na finiszu nabrać tempa i zakończyć się (pozornie) w przewidywanym terminie. Nie inaczej było ze spiętrzeniem nyskim. Kiedy przecinano wstęgę, jezioro cieszyło oko gładką i rozległą przestrzenią. A że nie było przygotowane do zalania – nieistotne. Pod wodą znalazły się lasy, zagajniki, domy, niewyobrażalna ilość wszelkiego gruzu i żelastwa usuwanych pośpiesznie z placu budowy zapory.

Miejscowi opowiadają anegdoty o tym, jak „dostali cynk”, że mogą wycinać, co się da, bo za kilka dni wszystko znajdzie się pod wodą. Ludność rzuciła się do pił, a żeby było szybciej i wygodniej (nie trzeba było się schylać), wycinano drzewa na wysokości piersi. Mimo tych usprawnień nie zdołano wyciąć, a tym bardziej wywieźć wszystkiego.

W ten sposób gospodarka planowa zapewniła sandaczom warunki bytowania, jakich nigdzie nie miały. Po dziesięciu latach od zalania łowiono tu dużo ryb, w tym spore sandacze.

Ta obfitość nigdy nie oznaczała, że wystarczy przyjechać do Głębinowa, by łowić do woli. Znalezienie ryb na rozległym elipsowatym jeziorze było niemal niemożliwe bez zasięgnięcia szczegółowych informacji od znających ten zbiornik rybaków i wędkarzy. Nawet namierzenie karczowiska, zalanej wioski czy zwałki „betonek” nie dawało gwarancji sukcesu. Sandacze trzymały się z daleka od brzegu, a sprawę utrudniał fakt, że okolice jeziora nie mają specjalnie wyrazistych punktów odniesienia na brzegu. Na swoje miejsca trafiali więc niemal wyłącznie ludzie, którzy zbiornik nyski znali jak własną kieszeń. Wielką nadzieją dla przyjezdnych były wszelkiego rodzaju zawody spinningowe rozgrywane tu bardzo często. Wędkarze stali wówczas na okolicznych wzgórzach i przez mocne lornety obserwowali każdą zakotwiczoną łódź, coś skrzętnie notowali, nanosili na plany... I dołączali do grona wtajemniczonych.

Potem głośno mówiło się o tym, że wędkarze mogą już konkurować z rybakami w łupieniu jeziora z sandaczy. A gdy przyszedł czas echosond i GPS-ów, stało się jasne, że bez ograniczeń połowowych Głębinów nie będzie już tym Głębinowem. I nie jest, bo ograniczeń, rzecz jasna, w Polsce się nie wprowadza.

W połowie lat 90. mało kto przyjeżdżał tutaj z nastawieniem na inną niż sandacz rybę. Na wędki gruntowe łowiły co najwyżej rodziny i znajomi specjalistów od sandaczy albo zniechęceni marzyciele, którzy nie znaleźli sandaczowych miejscówek. Głębinów jeszcze długo kojarzyć się będzie wyłącznie z sandaczami, bo jeszcze bardzo długo będą się one tu rozmnażać, rosnąć i brać. A przecież w jeziorze nadal jest dużo szczupaka, okonia, są także wielkie leszcze i inne warte zachodu ryby.

Na dużych i głębokich akwenach sandacz za dnia przebywa w pobliżu dna, na głębokości od kilku do kilkunastu metrów. Im więcej „zawad”, tym miejsce lepiej rokuje. W Głębinowie jest jednak pewien problem: wiele miejsc, gdzie echosonda (dziś na jeziorze roi się od tych urządzeń) pokazuje zatopione karcze i betonki, zostało zamulonych przez wezbraną Nysę do tego stopnia, że sandacz nie ma tam racji bytu, bo choć lubi mętną wodę, to nie znosi grubej i luźnej warstwy osadów. Tymczasem podczas powodzi właśnie w miejscach najbardziej najeżonych przeszkodami zatrzymało się najwięcej mułu. Obecnie najlepsi miejscowi łowcy sandaczy szukają miejsc o twardym i pofałdowanym dnie. Łowią też na skrajach dawnych sandaczowych miejsc, głównie od środka jeziora i raczej na płytszych stanowiskach, gdzie falowanie wody (a jezioro słynie z fali o podobnym charakterze i równie niebezpiecznej jak ta na Śniardwach) wypłukało osady z dna.

Oprócz sandaczy Jezioro Głębinowskie zasłynęło również ze specyficznej techniki łowienia mętnookiego drapieżnika – łowienia na koguty. Gdyby uśrednić, wzorcem byłoby wędzisko o masie wyrzutowej 20–60 g, o długości 1,80–2,10 m, akcji wybitnie szczytowej, określanej w katalogach jako fast hard. To prawdziwe pały, z których trudno korzystać przy jakiejkolwiek innej poza kogutowaniem odmianie spinningu. Efekty łowienia na koguty – oczywiście w wykonaniu specjalistów – bywają niesamowite. Trzy są warunki sukcesu – po pierwsze, niezwykłe opanowanie techniki spinningowania tą metodą, po drugie, niesamowita wprost znajomość łowisk połączona z umiejętnością szybkiego namierzania sandaczowych miejsc na nowym akwenie, po trzecie wreszcie, samodzielne wykonywanie przynęt, w które wkłada się całe doświadczenie i wiedzę wędkarską.

Tajemnica budowy koguta tkwi w kołnierzyku. Co prawda, wielu koguciarzy wykonuje „opierzenie” przynęty z najlepszej jakości materiałów do produkcji streamerów i much tubowych, co skutkuje arcydziełami na miarę brytyjskich klasyków fly-fishing, ale sami podkreślają, że robią to przede wszystkim z zamiłowania do ładnych rzeczy, nie z rzeczywistej potrzeby. Najbardziej łowne, a co za tym idzie najbardziej lubiane koguty często przypominają wiecheć – dzieła sztuki wyjęte raz i drugi z sandaczowej paszczęki osiągają szarobury standard i nawet po wysuszeniu i wyczesaniu wyglądają dość paskudnie.

Zadaniem kołnierza jest spowolnienie opadania koguta i poziome ustawienie przynęty, gdy wędruje ona na dno. Robi się je z różnych włókien stylonowych, z wiskozy, z materiałów muszkarskich do wykonywania dumpingów, sarniej sierści lusterkowej (lusterko to biały sarni tyłeczek widoczny nawet w gęstych zaroślach) lub dziczej szczeciny, a także z bardzo drogich kaczych piórek kuprowych.

Głebinów

Kołnierzyki wszystkich dobrych kogutów są bardzo gęste, wręcz nabite i tworzą zwarty, wynoszący przynętę pomponik. Tak, słowo pomponik chyba oddaje istotę rzeczy – kiedy Janek Wyderka diagnozował stopień kogutowego zaawansowania, robił to właśnie na podstawie pomponików.

Koguty „kręci się” na standardowych główkach jigowych. Ponieważ łowiska sandaczowe są z reguły głębokie, szczególnie dzienne ostoje drapieżników, korzysta się z mocno obciążonych – nawet do 20–30 g.

Znajomość łowiska jest podstawą. Wiedzą o tym koguciarskie tuzy, które na Głębinowie nie mogą się odczepić od śledzących ich flotylli łódek. Najczęściej więc mają rozpracowane dwa, trzy zbiorniki. Rzut, opad, opad, opad – to cała tajemnica łowienia na Głębinowie, nawet na delikatniejsze zestawy i standardowe gumki.

Natomiast koguta się nie ściąga, koguta się „opadywuje”. Daleki wyrzut, zamknięcie kabłąka, uniesienie szczytówki krótkiego kija, tak aby tworzyła z linką kąt prosty i pełna koncentracja podczas obserwowania linki. To właśnie po tym, co się dzieje z linką podczas zatapiania kolejnych jej metrów, poznaje się sandaczowe przytrzymania. I dlatego tak bardzo ceni się żyłki i plecionki fluo. Linka może się wyprostować, zatapiać szybciej lub wolniej, drgnąć, napiąć, zwiotczeć – koguciarze o zachowaniach linki potrafią rozprawiać godzinami. Opowieści te jednak można streścić jednym zdaniem: jeśli z linką dzieje się coś dziwnego, nienaturalnego, nielogicznego, należy natychmiast zareagować tęgim zacięciem.

Sandacze biorą bardzo różnie. Rzadko jednak na wodzie stojącej i podczas łowienia z opadu pobicia odczuwalne są na kiju. Na ogół drapieżniki wypływają na spotkanie koguta, zagryzają go i na ułamek sekundy zatrzymują się w miejscu. Żyłka najczęściej zachowuje się tak, jakby osiągnęła dno. Kiedy dzieje się tak w pół wody – a każdy niemal łowca wie, w jakim czasie kogut osiąga dno – od razu wiadomo, że ma się do czynienia z braniem.

Na Głębinowie wysokie brania zdarzają się stosunkowo często, po zamuleniu zbiornika jeszcze częściej niż dawniej. Sandacze jednak przeważnie żerują przy samym dnie, więc przynęta może zostać zaatakowana w czasie, w jakim kogut powinien osiąść na piachu, żwirze, kamieniach, więc zacięciem kwituje się każde zwiotczenie, naprężenie, przesunięcie żyłki. Łowienie na koguty z oddalenia wygląda na szarpakową orkę, choć z podhaczaniem sandaczy nie ma nic wspólnego. Przede wszystkim dwie rzeczy kwituje się mocnym, głębokim zacięciem: nienaturalne zachowanie podczas opadu i osiągnięcie dna, ponieważ to ostatnie może być równoznaczne ze znalezieniem się koguta w paszczy drapieżnika.

Jezioro Głębinowskie podlega Zarządowi Okręgu PZW w Opolu.
 
Teksty Jacka Jóźwiaka za zgodą autora..
Copyright Muskie.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.